czwartek, 11 lipca 2013

trochę mnie nosi

Gdy za oknem leje, a ja czytam stare, pożółkłe książki, marzy mi się Puszcza Piska. Znajduje się ona w połowie drogi od nas do miejsca mojego urodzenia i należy do obszaru, w którym moje serducho bije w sposób inny, żywszy, jakby się czuło w domu. Podobnie jest na Mazurach i trochę w południowej Warmii. Nie wiem, dlaczego. Może inna roślinność, może krajobraz kojarzący mi się z dzieciństwem... Tu, na dalekiej północy, nie czuję tego.

Niewykluczone zatem, że czeka nas jeszcze jedna przeprowadzka, bo i Karolci brakuje tu jezior. Pierwotny plan bowiem obejmował domek nad jeziorem, nawet nad Jeziorakiem... Jeziorak zapadł mi w serce dzięki książkom Zbigniewa Nienackiego, ale tamte tereny są dla mnie jednak w jakiś sposób obce. W tej chwili w chwilach, gdy niekoniecznie jestem tu i teraz, przed oczami mam Puszczę Piską właśnie.

To wszystko to jednak plan B. Niewykonalny raczej w ciągu najbliższych trzech lat (kredyt), a nie chcę tego robić za lat cztery, kiedy to synek pójdzie do szkoły. Z drugiej strony - całe życie tęsknić? To po co było przeprowadzać się tak daleko od rodziny? Równie dobra byłaby wieś bliższa rodzinnego domu niż 500 kilometrów. Cóż - zobaczymy. Na razie jesteśmy tutaj i nigdzie w najbliższym czasie się nie wybieramy. A co będzie w roku 2016, jeden Smętek wie.

wtorek, 9 lipca 2013

o winie na Siedlecczyźnie

Jako że wyngiel nie dał się zaprosić do chlewika, sąsiad wraz z całą rodziną przyjechali, zakasali rękawy i za jedyne 40 zł umieścili go tam siłą. Mimo pacyfistycznego usposobienia i kibicowania porozumieniu bez przemocy, nie miałem skrupułów.

A ja w międzyczasie zaliczyłem wypad na Siedlecczyznę. Okazała się ona - przynajmniej okolice drogi Warszawa-Siedlce miejscem bardzo dla takich jak ja nieprzyjaznym - krainą pierogów ruskich z mięsem, disco polo i barów z nieobecną obsługą. Od pustyni różniła się dla mnie owa kraina tylko jednym: na pustyni nie traciłbym czasu na szukanie czegokolwiek. Z dań wegetariańskich najlepszą opcją okazały się w trzecim z kolei barze (dwa poprzednie nosiły dumne miano restauracji) frytki z surówką. Bezmięsnych pierogów, naleśników, placków, makaronu, jaja sadzonego - brak. Dobił mnie dodatkowo brak wina na stacjach benzynowych, a właśnie na wino z kolegą w te rejony się wybrałem.

I doświadczyłem tego, za czym tęskniłem od czasu wyprowadzki do mojej wsi: podniosłej w nastroju, rytualnej niemalże pielgrzymki w miejsce malownicze w celu opróżnienia jednej lub dwóch butelek wina. Tak było: wywędrowaliśmy wraz ze starym przyjacielem i towarzyszem wędrówek Dikstrą 2 km poza miasto, przez chaszcze, knieje, nasypy i osuwiska tylko po to, by przysiąść na skarpie tam, gdzie opuszczona strzelnica i widok na zachodzące za las i łąki słońce, wypić różowe carlo rossi i wrócić tą samą drogą. Koło nas też są takie miejsca, ale gdy ktoś przyjeżdża, atmosfera robi się jakaś taka... zbyt rodzinna. A sąsiedzi - albo zbyt poważni, albo zbyt zajęci, albo zbyt młodzi. Albo wszystko naraz. A przecież wino w plenerku, tam, gdzie od pewnego czasu nie wolno, to piękna, niewinna i tak odmładzająca rzecz...

sobota, 6 lipca 2013

wyngiel w drzwiach

Oj, nie mam dziś siły na nic, poza pracą komputerową i graniem na gitarze. Co prawda po drodze do sklepu nazbierałem nieco próchna wierzbowego spod jednej z przepięknych rosochatek rosnących przy szosie, a także uszczelniłem i dopasowałem za pomocą listewek daszek do ula, ale na machanie łopatą już nie starczyło pary. Bo przywieźli wyngiel.

Myślałem, szczerze mówiąc, że bryły będą większe - takie zamówiłem i takie leżały w wanience pod tabliczką z ceną. Tymczasem obok brył tzw. grubego orzecha otrzymałem mnóstwo groszku. Gdy zwróciłem uwagę na różnicę zawartości wywrotki i wanienki, usłyszałem: "Wie pan, na paradzie nawet rumuńskie wojsko wygląda korzystniej", a gdy odparłem: "Myślałem, że to oferta, a nie parada", otrzymałem zapewnienie o rabacie w przyszłym roku i zaproszenie do osobistego nadzoru ładowania. Skorzystam z tego na pewno i wszystkim też radzę. Już mi zresztą proponował to sąsiad, ale mieszczańska mentalność odwiodła mnie od tak dokładnego kontrolowania sprzedawcy. Cóż - wyngiel nie telewizor, lepiej nie kupować go w pudełku firmowym.

Na dodatek jeszcze słabo postarałem się przy organizacji wyładunku. Pal licho fakt, że wyngiel wylądował prosto na trawie, a przecież mam w drewutni wielką blachę, którą można było podłożyć. Najgorsze, że spadający wyngiel przymknął drzwi do chlewika, gdzie składuję opał. W przerwach od pracy nad międzynarodowymi projektami ostro się namachałem łopatą, żeby uchylić owe magiczne wrota nieco bardziej. Apeluję do siebie i wszystkich niewprawnych neowieśniaków: jeśli drzwi nie pozwalają na wyładunek bezpośrednio we wnętrzu, trzeba je maksymalnie otworzyć (to wiedziałem) i mocno trzymać. Albo w ogóle wyjąć z zawiasów.

Dobrze, że w ogóle mogłem się przecisnąć do środka - gdyby cholerny ów wyngiel zatrzasnął drzwi, miałbym całe mnóstwo bezproduktywnego machania łopatą. A tak po ok. czterdziestu minutach osiągnąłem połowiczny sukces:

Reszty dokona za kasę sąsiad, który dorabia sobie u ludzi na takich robotach. Zrobi to sprawniej i dokładniej. Ja w tym czasie zarobię przed ekranem i na niego, i na siebie. Wszyscy będą zadowoleni, a wyngiel będzie sobie drzemał w kącie w oczekiwaniu na jesień, która u nas już na początku września pewnie, jak zwykle.

Hmm, na zdjęciu ten wyngiel nie wygląda w sumie tak drobno. Trudno oszacować średnią wielkość grudy. Hmm... Kuszące wyzwanie.

Jako że dziś z nikim się nie mogę jasno dogadać, ani w pracy, ani na Fejzbuku, ani przez telefon, idę zatopić się w meandrach samotności. Pora otworzyć piwo i włączyć jakąś grę.

PS Pan Mirek z Poznania przysłał następującą ilustrację do wpisu rodem z najlepszych tradycji polskiej kinematografii:
Bardzo dziękuję, dzięki niej cała sytuacja nabrała kolorytu.

piątek, 5 lipca 2013

śmieciowo dziś tu

Zdjęcie jest tylko ilustracją tekstu.
(Takiego dziwnego zestawu jak nasz nigdzie w necie
znaleźć nie mogę, a zdjęcia robić mi się nie chce).
No i zaczęło się segregowanie. Na wsi łatwiej - papiery i tak palimy, metale można zbierać niby na złom... Ale w szczegółach diabeł siedzi. Na przykład plastikowych butelek po oleju do plastików się nie wrzuca, tylko do ogólnego. A kuku.

Wielu mieszkańców naszej wsi wystraszyło się, gdy przyszło co do czego, i pozmieniali deklaracje - nie będą segregować. Rzeczywiście lista "co gdzie wrzucać, a czego nie wolno" może wprawić w konfuzję. Myślę jednak, że to kwestia tylko kilku dni - raz-dwa i się wszystko ładnie opanuje. A myślę, że warto. Po pierwsze: ochrona przyrody, po drugie: i tak w końcu nastąpi powszechny obowiązek segregacji.

Pani Katarzyna z Bart pisze do mnie, że segreguje już od 12 lat. Ciekawe, czy radzenie sobie ze śmieciami wymaga od niej zauważalnie większego nakładu pracy. Wątpię. Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia. Ja po wyrzuceniu tych śmieci, które od przedwczoraj zalegały meble, podczas gdy ja nie miałem gdzie ich wyrzucić, już radzę sobie znacznie szybciej niż na początku. Muszę tylko pamiętać o kilku szczegółach.

No dobra - czas zainstalować nowy, lepszy śmietnik. Let Mortal Kombat begin!

czwartek, 4 lipca 2013

niepokój

Pamiętacie czasy bez komórek? Kiedy ktoś wyjeżdżał lub ktoś zostawał, gdy podczas podróży kontakt nie był możliwy? Tę tęsknotę połączoną z niepokojem, pragnienie nie tylko ujrzenia domowników, ale też posłyszenia ich głosów? Usłyszenia odpowiedzi na pytanie "Co tam u was?"? Ja miałem tak dziś, kiedy to po tygodniowej prawie nieobecności wróciłem do domu. Karolci w tym czasie też nie było. Ani synka. O kogo zatem niepokoiłem się tak, że aż nazbyt szybko pokonywałem ostatnie kilometry? Pewnie już wiecie o kogo. O kogoś, do kogo nie mogłem zadzwonić.

Na szczęście okazało się, że pszczółki nie tylko mają się dobrze, ale uwijają się jak w ukropie. Cichutkie i pracowite. Dziś już im nie będę przeszkadzał, a jutro pojadę tam, gdzie rosną ogromne wierzby rosochate i nazbieram próchna do podkurzacza.

Jak dobrze być wreszcie w domu!

środa, 3 lipca 2013

lasy i ludzie

Jeden z mistrzów literatury wschodniopruskiej/warmińsko-mazurskiej i jego wspomnienia z dzieciństwa, które spędził w Puszczy Piskiej. Gdy czyta się tę książkę, aż pachnie lasem. Szczególnie dobrze "smakuje" przy świecy, której używam zamist nocnej lampki.

Jak pisze Wiechert, określenie "las szumi" nie oddaje nawet ułamka tego zjawiska i nie ma słów, które mogłyby oddać magię jego rodzinnych borów. A jednak sam znajduje takie słowa, snując niezwykłą, aż gęstą od atmosfery opowieść. Nie przeszkadzają w tym nawet niektóre akapity czy strony pełne abstrakcyjnych opisów owijających bawełną i niezbyt zgrabnie (wg dzisiejszych standardów) obchodzących niektóre osobiste wątki i temat erotyki, w który lata później wszedł mocno i bez wazeliny duchowy spadkobierca i uczeń Wiecherta, Zbigniew Nienacki w kultowej dla mnie i jednej z ulubionych powieści Raz w roku w Skiroławkach. To stara książka w starym, dobrym stylu. Wehikuł czasu.

Niesmak mój budzi tylko długi opis myśliwskich poczynań bohatera. Wędruje on po lesie, siejąc śmierć wśród zwierzyny, zabijając jedne zwierzęta, by schwytać inne. Nic mu nie ucieknie - ani orzeł, ani zając, ani sarna, ani rak, ani nawet żaba. Jeśli chodzi o myślistwo jestem zdecydowanie na "nie", tu zaś razi mnie przede wszystkim zestawienie tego pogromu z opisami melancholii i zbolałego, stęsknionego serca. Cóż - to też świadectwo umysłowości tamtych czasów - tak to wtedy po prostu się działo, w taki sposób myślano. Dziś raczej nikt by już nie ustawiał podobnej scenerii pod Weltschmerz. Mentalność się zmienia wraz ze stosunkiem do zwierząt. Powoli, ale w kierunku, który mi się podoba.

Największe ponoć dzieło Wiecherta to Dzieci Jerominów. Czekają w kolejce. A autora już teraz mogę polecić wszystkim, którym Pruthenia jest choć trochę bliska.

poniedziałek, 1 lipca 2013

węzę wtapiam

prawidłowo odrutowana ramka
Drutowanie ramek typu Dadant jest trudniejsze niż wielkopolskich. W ogóle im większe ramki, tym gorzej. Od razu spieszę donieść, że podczas poprzedniego drutowania zrobiłem mały błąd: zawiązywać drucik lepiej jest na spodzie, a nie na górze ramki. Łatwiej wtedy zbierać propolis, którego kilogram  można sprzedać za 100 zł. Przy takiej minipasiece jak moja to trochę tak jak ze sprzedawaniem reklam na blogu czy YouTubie albo klikanie na niesławnym eRmailu (tu trochę przesadzam, bo propolisu się jednak uzbiera, a żeby zarobić na eRmailu, trzeba chyba wszystkich swoich znajomych pozapisywać i zmuszać do klikania na wszystkie promocje). Ale zawsze warto. "Pieniądz... trzeba... szanować" - mawia pszczelarz Muchowski, ściągając jednocześnie wprawnymi ruchami propolis z trzech ramek.

cztery plastry węzy
A dziś wtapiałem węzę. Węza to płaskie, przypominające wafle tortowe plastry wosku, na których wytłoczone są kształty pszczelich komórek. Stanowią fundament, na którym owady budują ściany, by tworzyć "pełnoprawne" plastry, w których wyrastają młode (czerw) i w których składowany jest pyłek, woda i miód. Całe to drutowanie jest właśnie po to, by ramki trzymała się węza. 

Węzę wtapia się przy pomocy... prostownika do ładowania akumulatora. Kładziemy plaster węzy na rozpięte na ramce druciki, po czym jedną klamrą prostownika dotykamy do jednego gwoździka, a drugą do drugiego. Słychać charakterystyczne buczenie i po kilku sekundach węza jest wtopiona. Oto ilustracje:


Myślałem, że ramki z węzą będą sobie spokojnie czekać na pszczoły w ulu Królowej Jadwigi, ale zabrał je pszczelarz Muchowski, by włożyć do swoich uli. Przewieziemy je z powrotem dopiero, gdy pszczoły je nadbudują i zaczerwią.