piątek, 24 lipca 2020

Nasz Sauron

Brakowało kogoś takiego na naszej wieży nad warsztatem. Lord Sauron. Gdzie się podział, odkąd opuścił Śródziemie? Tego nie wiem, ale ostatnio zamieszkał u nas. Z początku gniewny, o mało nie zjarał naszego małego Barad-dur.

Wieżę stworzyliśmy przy okazji budowy warsztatu na fundamentach starej drewutni i domku na dachu do zabawy dla synka. Trochę dłuższe belki, jeszcze jeden dach i voila – moje miejsko-blokowe atawistyczne tęsknoty do patrzenia na świat przez balkon, gdy trzeba było coś przemyśleć, znalazły ukojenie.



Wracając jednak do sługi Morgotha – po pewnym czasie warmiński pejzaż, spokój i radość panujące w naszym domu, a także życzliwość i akceptacja, jaką okazywaliśmy Sauronowi, sprawiły, że otaczające Oko płomienie nieco wyblakły, oko uspokoiło się, nieco zbłękitniało, a ostatnio nawet, gdy na przeciwległym horyzoncie pojawiła się tęcza, zauważyłem na źrenicy kilka łez wzruszenia. Dobrze u nas mrocznemu władcy. Nie sądzę, żeby jeszcze był zły. Warmia leczy. Nie wiem tylko, czy teraz w budkach pod daszkiem będą jeszcze lęgły się wierzchowce dla nazguli.

Przy okazji, już bez jaj, na moim fotoblogu też jest nowy post, bardzo warmińsko-wiejski w swojej wymowie, więc zapraszam: W środku lasu była wieś.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Człowiek jak państwo. Albo i nie.

Człowiek jest trochę jak państwo. Ma swój charakter, swój umysł, swoją energię, swoje wartości, swoje konflikty zewnętrzne i wewnętrzne.

To dobre uczucie, gdy człowiek żyje w państwie choć trochę do niego podobnym. To daje siłę, poczucie uczestnictwa w czymś większym od siebie, a swojskim. A jeśli tak nie jest, to przynajmniej dobrze jest, jeśli można zapominać o tym, jakie jest państwo, zepchnąć je w podświadomość, dać jemu zepchnąć siebie w szarą masę i jakoś tam współistnieć na zasadzie na wpół świadomego wypełniania wzajemnych zobowiązań.

Ale gdy państwo jest całkiem inne, gdy staje się kimś, z kim za żadne skarby się nie dogadasz, z kim nie chcesz i nie możesz się utożsamić, i gdy nie możesz o nim zapomnieć, bo wciąż wpływa na twoje życie, na twój charakter, umysł i energię, wystawia na próbę twoje wartości i jątrzy konflikty... wtedy jest tak, jakbyś nie zgadzał się ze sobą samym. Przypomina to trochę schizofrenię, od której trudno się uchronić, nie popadając w zupełny cynizm. Emigracja wewnętrzna takim cynizmem pachnie. Zewnętrzna? Pewnie może pomóc, choć wiem, że tylko do pewnego stopnia.


środa, 25 marca 2020

Nie byłem z wami na ulicach...

No i jednak przyszło zostać w domu, a planowane wyjazdy i wizyty straszą tylko powiadomieniami w komputerowym kalendarzu.

Jest jak jest, cóż robić. Na wsi jest jednak spokojniej. Mamy całą przestrzeń na ruch, własny ogródek i piwniczkę z zapasami. Nie czytam internetów. Wychodzę na dwór, jadę do miasteczka i widzę, jak jest. A jak będzie – tego nie wie nikt.

„Ponad 900 przypadków zakażeń w Polsce" – krzyczy Onet. No tak, to może być i 9 milionów. Dziesiąta ofiara. Nie licząc „niewydolności krążenia”, prawda? ;) Ultrazaraźliwy wirus o tak zróżnicowanych, czasem wręcz żadnych objawach, a wiadomo, ile osób zainfekował. Bardzo ciekawe. Można się w tym uwikłać, dyskutować nad niuansami, szczegółami itd. Gra, którą teraz tłumaczę, ma znacznie bardziej zawikłaną historię niż ta epidemia i mogłaby wkręcać tak samo, gdyby teksty pojawiały się w serwisach informacyjnych. Jest pewnie też tak samo (nie)prawdziwa, jak wiele informacji.

oleszczuk.art
Chcielibyśmy wiedzieć, co jest i co będzie. Ale nie wiemy i się nie dowiemy. Tak naprawde mamy tylko świat rzeczywisty i pozamedialny, własne oczy i uszy. Pozostaje przygotowanie się na wszystko i akceptacja faktu, że nie mam na to wpływu ani kontroli nad tym. I że czytanie kolejnych artykułów da mi tyle poczucia bezpieczeństwa, co alkohol lub narkotyki. Tak łatwo ulec złudzeniu, że dzięki mediom będę wiedział, co stanie się jutro. Ćpanie medialnej papki na chwilę znieczula. Co jednak pozostawia po sobie?

„Nie trzeba pogodynki, żeby wiedzieć, w którą stronę wieje wiatr”, jak śpiewał Bob Dylan. Żyjemy w czasach, w jakich żyjemy, ale pewne rzeczy działają od wieków i nic tu się nie zmieniło poza tym, że o nich zapominamy. Intuicja. Instynkt samozachowawczy. Moc spokoju. Akceptacja tego, co trwa.

Co zatem tutaj, na wygwizdowie? Cisza, spokój i ludzie trochę szukający siebie i siebie nawzajem, a trochę wystraszeni. I nowe normy szkolnictwa, a wraz z nimi pytania, na ile ich przestrzegać, a na ile pozostać z własnymi przekonaniami w kwestii rozwoju dziecka. Niepokój, czy chwilowy brak zleceń nie przerodzi się w brak stały. Zamykające się przychodnie, a więc sens ciepłego ubierania się i unikania drabin oraz innej kaskaderki podczas wiosennych prac przydomowych. I najbliższy pozaszkolny kolega synka, który jednocześnie mieszka w jedynym znanym nam bezpośrednio domu, w którym trwa kwarantanna. A więc Hangouts na telefonie dziecka, żeby mógł pogadać trochę z kolegami nie najbliższymi. Póki co tyle. Dziś. Co jutro? Nie wiem. I nie dowiem się tego wcześniej niż jutro, choć z każdej strony ktoś próbuje mnie przekonać, że dokładnie to wie. Strącam to wszystko z ramion. Dzięki temu lżej jest dźwigać codzienny, większy ostatnio ciężar.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Nie siedźcie w domu zbyt długo

Dziwna, bezśnieżna zima w pełni. Nadzieja na lepszy czas, na nowe otwarcie w życiu błyska jednak coraz częściej jak błękitne strzępki pomiędzy szarymi chmurami. Bo tutaj, na wsi, rytm pór roku bardzo się z rytmem życia synchronizuje. Niedawno miałem okazję doświadczyć tego w sposób dość nawet jak dla mnie skrajny.

Przez dwa tygodnie słońca nie było wcale. Szarość, szarość, szarość. Obowiązki nie pozwalały za bardzo wynieść głowy z domu na dłużej niż kilkunastominutowy spacer z psem. Dusza wołała do słońca i światła, tym bardziej że wrócił właśnie z naprawy aparat wielkoformatowy, który ostatnio pochłonął moje całe praktycznie fotograficzne zainteresowanie. Ale bez światła żadne to fotografowanie, szczególnie klasycznie.

Zdążyłem jeszcze wpaść z wizytą do człowieka, który od dłuższego czasu zapraszał mnie do siebie, a który ma kilka koni i puszcza je czasem na warmińskie wzgórza. Ja, wypełniając sobie bezludne wieczory grą Red Dead Redemption 2, o której może napiszę więcej, bo inspirująca się dla mnie okazała na kilka sposobów, miałem okazję uczestniczyć w sesji fotograficznej z dzikimi mustangami na ekranie. I tak mnie wzięło, że mam nową zajawkę fotograficzną. Niestety, chmury i tego dnia nie chciały odsłonić choćby skrawka nieba. A gdy to wreszcie zrobiły kilka dni później, ja już leżałem złożony gorączką. Cały okres ładnej pogody przeleżałem ledwie przytomny. Opadły mnie wszystkie demony, jakie tylko mogły: nagły brak zleceń, które jak nożem uciął po Nowym Roku, deprywacja po miesięcznym już niemal siedzeniu w domu, żal po utraconym wyjeździe na konwent fantastyki, gdzie miałem nadzieję poznać jakieś życzliwe dusze. Poczułem nie pierwszy raz, że mieszkanie na wygwizdowie upośledza mnie, odcina od życia, sprawia, że marnuję resztę najlepszych lat, a wraz ze mną dziecko i żona (która ma jednak ten dar, że jej wszędzie dobrze). Dołączył do tego lęk o los kraju rozrywanego, rozparcelowywanego i zawłaszczanego przez chciwych psychopatów i kupujący ich narrację, żądny gotówki prosty nieraz, a nieraz ostro pokręcony lud. A mnie rwało do robienia zdjęć, do drogi, do działania. Pewnej nocy myślałem, że wyjdę, jak stoję, i pójdę przed siebie, dopóki nie padnę.

Wiele mnie kosztowało uśpienie tych demonów. Dość, że cały następny dzień przespałem i prawie go nie pamiętam. Takich zmagań nie pamiętam od dawna. Przyszło jednak wstać, otrząsnąć się i opracować plan działania, wyjścia z sytuacji. Tocząca się powoli przez nieboskłon kula ziemska pomoże mi w tym, bo toczy się w najlepszym z możliwych kierunków.

Pierwszym wyjściem, bardzo konkretnym, jest... światło. Jeżeli natura nam go skąpi, trzeba radzić sobie samemu. Małżonka kupiła mi lampę słoneczną, taką jak tu. Konkretnie – fotovitę FV-10. Wygląda jak produkt medyczny, bo nim jest, choć szkoda, że nie postawiono na elegancję i estetykę. Ponoć w Skandynawii korzystanie z takich lamp to norma i ludzie wieszają je sobie zwyczajnie jako żyrandole. Oczywiście ich modele mają wygląd oświetlenia domowego. Można takie kupić i u nas, ale kosztują wielokrotnie więcej. Nic to. Światło z niej jest fenomenalne – jasne, odpowiednio dobrane, by emitować słońce, ale bez UV. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to zmierzyłem je światłomierzem, żeby się przekonać, na ile ta lampa się przyda jako stałe oświetlenie do zdjęć. Bywam jednak czasem do bólu konkretny. Choć lampa to nie słońce, każdy fotograf, który zobaczy taki biały, 5000-luksowy panel, uśmiechnie się. Powiem tylko tyle, że może się uśmiechać dalej, bo uśmiech to słuszny, a światło fajne. Do świecenia sobie w oczy o poranku i przy śniadaniu, gdy wokół ciemno i ponuro, też polecam. Brak słońca przestał być problemem. Czy na dłuższą metę? Jeszcze nie wiem, ale napiszę.

Druga rzecz – ruch. Próbowałem już biegać i można się nadal ze mnie śmiać. Ale tak na serio, chciałbym jakoś wpłynąć dodatnio na własną kondycję i zastanawiam się, co tu zrobić. Pewnie zostanę przy nordic walking, odrzucając próby znalezienia kogoś, z kim można by było chodzić, wspierając się wzajemnie w kwestii samodyscypliny. Nie, koniec z takimi mitami rodem z seriali i świata przedcyfrowego. Trzeba liczyć na siebie i ewentualnie na aplikacje sportowe. Inni to mogą dać serduszko pod selfikiem z parametrami marszu. Takie czasy. Choć ja tam żadnych selfików nikomu dostarczać nie zamierzam. Serduszka i tani poklask wgapionych w ekrany ludzi nie motywują mnie w najmniejszym stopniu.

Zapełniam sobie kalendarz dni niepracujących wyjazdami, spotkaniami z najbliższymi przyjaciółmi i z ludźmi, którzy zjeżdżają się w różnych miejscach w imię wspólnych pasji i wartości. Tam jest moje towarzystwo i tam będę spędzać wolne dni. Naprzód niebiescy! Wiosna idzie!

wtorek, 31 grudnia 2019

Zupełnie nic się nie działo...

Nie był to rok najciekawszy. Zdecydowanie nie pasuje do niego określenie „spektakularny”. Powiem więcej – nie ma o czym opowiadać przy piwie ani na spotkaniach towarzyskich, których coraz mniej. Nie wydarzyło się nic przełomowego, choć od reguły oczywiście jest wyjątek – skończyłem szkołę fotograficzną ze znakomitym wynikiem, a samą obronę i jej okoliczności mogę określić bez wahania jako emocjonującą przygodę. Poza tym bardzo niewiele koncertowania, niezwykle kameralna wystawa objazdowa, którą widziało niewiele osób, w tym bardzo nieliczni znajomi spoza fotograficznej branży, żadnych wielkich podróży w nieznane, żadnych niesamowitych wydarzeń, żadnych zwrotów akcji. Więcej rezygnacji niż zdobywania, więcej odwrotów niż ataków, zamykanie się zamiast otwierania i cisza zamiast hałasu.


A jednak był to rok bardzo udany i pełen miłości. Zupełnie jak najpiękniejszy spośród przebiśniegów, samotny na stoku góry, na którą nikt się nigdy nie wspinał. Rok spod znaku „mniej”. Rok, w którym dość radykalnie postawiłem na jakość, a nie na ilość. Rok wyciszenia, odnalezienia się. Rok gruntownego retuszu, spokojnych porządków, rok zostawiania i rok skupienia. Rok małych, cichych, ważnych sukcesów, które wcześniej nadejść nie mogły, bo tłumił je zgiełk, zbytnia uległość wobec tego, co mi nie pasowało, rok minimalizmu, odkrywania i koncentracji na tym, co dla mnie naprawdę ważne. Rok, w którym świadomie zmniejszyłem swój świat i zostawiłem w nim tylko te elementy, aktywności i relacje, które są dla mnie najcenniejsze i najciekawsze (a w przypadku relacji – dodatkowo wzajemne). Wiele z nich ograniczyłem, czasem do niezbędnego minimum (Thanks for the dance, I'm sorry you're tired). Teraz czuję się przede wszystkim lżej. Spokojnie mogę powiedzieć – był to szczęśliwy rok.


Oczywiście zmiana daty niczego nie zmienia. Nadal jest trochę za dużo, nadal jest za głośno, nadal więc dążę do skupiania się na tym, co dla mnie ważne i co mi potrzebne, ostrożnie podchodząc do nowych rzeczy, ucząc się odmawiać. Poznawanie tego nie jest łatwe, popełniłem kilka błędów, ale bez błędów nie ma nauki.

Tak to już z nami jest – wydaje nam się, że wiemy, co chcemy, że znamy siebie tak dobrze. Gdy jednak lepiej się przyjrzeć – tak wprost i z ogromną otwartością wobec siebie, z bezwarunkową akceptacją wobec tego, co odkryjemy – może się okazać, że z tysięcy spraw, którym dawaliśmy energię, większość jest zbędna i nikomu nie przynosi żadnego pożytku. Nawet jeśli wierzyliśmy, że dla innych właśnie coś robimy. Okazuje się, że wiele rzeczy robimy z rozpędu, „bo tak”. Że wiele przyzwyczajeń, z którymi walczymy, bo nie pasują do naszego obrazu samych siebie, jest nam potrzebnych – zupełnie trywialnie – byśmy mogli w spokoju być sobą. Że wiele spraw, o które zabiegamy, które z mozołem pchamy przed sobą jako dzieło naszego życia, już dawno stało się jałowym ciężarem. Że nie potrzebujemy setek znajomych, bo wystarczą nam najbliżsi i te 3–4 osoby, które możemy nazwać przyjaciółmi. I wreszcie – że gdy już się ze sobą w pewnym stopniu pogodzimy, nawet duma własna do niczego nam nie potrzebna, a to, co o nas myślą inni, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Chyba że istnieje jakiś konkretny cel dostosowania się, a my mamy w sobie trochę cyniczności i wyrachowania. A pewnie mamy. I to też warto zaakceptować. Nie musimy pasować do żadnego obrazka, nawet takiego, jaki sami sobie wymyśliliśmy. A jeśli mimo to chcemy, zawsze możemy obrazek zmienić lub namalować własny, jedyny taki na świecie, choćby miał wydawać się dziwaczny. Dziwaczność to skutek uboczny specyficznych dla danej kultury norm, stereotypów i myślenia na skróty – naprawdę nie ma się czym przejmować i nie warto niczego przed sobą udawać. Czasem dzięki takiemu podejściu możemy dać przestrzeń temu, co w nas najlepsze i najpiękniejsze.


Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu to, o czym piszę, jest mało uniwersalne. Relacje międzyludzkie i różnego rodzaju uwikłania, jakie są udziałem większości z nas, potrafią być bardzo złożone. Ale jeśli mieszka się na odludziu, to może się po pewnym czasie okazać, że te uwikłania to tylko martwe brzemię, które zabraliśmy ze sobą z poprzedniego, miejsko-towarzyskiego życia. I że to też tylko przyzwyczajenie.


Podnoszę się lekki jak piórko, zrzuciwszy pokaźny bagaż złudzeń i skorupę mentalnych nawyków. Bez żadnych warsztatów rozwoju osobistego i tego typu rzeczy. Cisza to nie jest coś, co po prostu jest. Ona działa cały czas i bezustannie zmienia człowieka. Jak woda w leśnym strumieniu. Mija rok i okazuje się, że strumień ma jeszcze więcej miejsca wśród twardego, zdawałoby się, gruntu.

Tego właśnie życzę w nowym roku sobie i wszystkim, którzy cokolwiek z tego wpisu kumają. :)

niedziela, 17 listopada 2019

Gdy nikt nie ma czasu, a ja go mam...

Nie trać czasu z kimś, kto nie ma go, aby go spędzać z tobą. (Gabriel Garcia Marquez) 
Odkąd przeprowadziliśmy się na północ, zrobiło się dziwnie. Relacje z innymi rdzennymi lub przyjezdnymi mieszkańcami były od początku na dystans, a w niektórych przypadkach, choć na początku przebiegały nawet intensywnie i fajnie, w końcu okazywało się, że ludzie mają coraz mniej czasu, aż po kolejnym odwołanym spotkaniu lub "musimy się jakoś zobaczyć" mówiliśmy coś, co stało się już stałym tekstem: "My bardzo chętnie, jak będziecie mieli czas, to dajcie znać". I relacje zanikały, by budzić się tylko przy konkretnych potrzebach.

Zagoniony slołlajf

Można powiedzieć, że tutaj jest trochę jak na Zachodzie - ludzie raczej nie zaglądają sobie do garnków, niezbyt intensywnie plotkują w porównaniu z taką na przykład Małopolską. Ale ma to drugą stronę - nie są zbyt towarzyscy, bardziej cenią sobie własne sprawy niż spotkania.

Ja tymczasem przyzwyczaiłem się wcześniej do bywania w knajpach, grania razem w planszówki, łażenia do kogoś, przyjmowania kogoś u siebie. I stąd często na warmińskiej wsi dręczyło mnie osamotnienie. Radziłem sobie z nim jakoś, ustępowało zupełnie, gdy odwiedzali nas starzy znajomi i rodzina z Polski. Nadal nas odwiedzają, a czasem my ich. I w tych ostatnich sytuacjach przekonujemy się, że przez 10 ostatnich lat zmieniło się sporo również tam, na południu. Że to nie tylko kwestia północnego dystansu - ludzie po prostu nie mają czasu, bo zapieprzają i nie dbają przy tym o jakąkolwiek strategię, która umożliwiłaby im zwolnienie tempa. Tu zresztą, gdzie wieś spokojna i wesoła, gdzie citta slow jedno na drugim, jest tak samo. Właśnie ci najwięksi slołlajfowcy często mają najmniej czasu - są zaganiani po uszy i ledwo zipią, żeby ten slołlajf jak najskuteczniej, najwydajniej i najlepiej uprawiać i sprzedać. A prawdziwe wolne życie? Też jest, ale jest ciche i nietowarzyskie. Ludzie wolni i mający czas chyba robią to, do czego i ja dojrzewam - nie marnują czasu na zbędne relacje. Również na relacje ze mną, jeśli są one im potrzebne. Ludzie wolni nie są samotni nawet sami ze sobą.

Latem chciałem po raz kolejny otworzyć się, odświeżyć kilka starych znajomości, pospotykać się, wykorzystać wspólne zainteresowania czy podobne zamierzenia, by robić coś razem. Ilość odpowiedzi odmownych, odwołanych spotkań i zmian planów była równie wielka, jak moje zaangażowanie. W końcu z zadaniami uporaliśmy się sami, my też nikomu w niczym nie pomogliśmy, na wycieczki nadal jeździmy sami, i już nawet nie zauważamy, gdy przejeżdżamy nieopodal domów znajomych, choć jeszcze parę lat temu nie mogłem uwierzyć, że można być obok i się nie zobaczyć. Już wierzę. Każdy ma mnóstwo spraw, obowiązków i odpowiedzialności, więc nawet przy dobrych chęciach trudno, żeby coś mu nagle nie wypadło. A ja się czuję jak naczynie wypełnione zgniecionymi kartkami z wypisanymi na nich słowami "nie". I te kartki już wypadają i zaczynają walać się wokół. Więcej nie wejdzie. Nie mówiąc już o tym, że konkretnych inicjatyw towarzyskich wychodzących do mnie, a nie ode mnie prawie brak.

Po co nam znajomi?

Zastanawiałem się, czy naprawdę do szczęścia potrzebne jest coś takiego, jak znajomi, którzy na nic nigdy nie mają czasu. Żeby mieć iluzję, że nie jesteśmy samotni? A może to w ogóle jest tak, że ludzie, z którymi chcemy przebywać, wcale z nami przebywać nie chcą i vice versa - nam wcale nie spieszno do tych, którzy chcieliby mieć więcej kontaktu z nami? Nawet jeśli nie chcą - i nie chcemy - przyznać się do tego sami przed sobą, choćby z poczucia, że mogłoby to zdewaluować jakąś osobę czy jakoś nadszarpnąć nasz do niej dystansowy, ale przecież jednak szacunek i sympatię?

Rozmawiałem trochę o tej samotności i unikaniu ludzi ze znajomym, który stara się unikać zbiorowisk i nie znajduje przyjemności w różnego rodzaju towarzystwach. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, że przytoczę tu fragment jego wypowiedzi z naszej korespondencji, bo we mnie rozpoczął on coś ważnego, czym się za chwilę podzielę. Napisał on zatem:
W jakimś tam stopniu ciągle jesteśmy i będziemy samotni, chociażby w wymiarze zrozumienia. Jesteśmy takimi izolowanymi światami, każdy w sobie musi wszystko rozstrzygać - tu samotności jest niejako aksjomatyczna. A jednak poprzez innych ludzi widzimy więcej. Musimy się komunikować, bo inaczej dryfujemy w sobie, nie mamy punktów odniesienia. A te są ważne, bo nie wzięliśmy się z tym swoim w sobie światkiem znikąd. Wzięliśmy się z innych ludzi, jesteśmy na czułkach ewolucji. W innych ludziach możemy się przejrzeć jak w lustrze.
To w sumie dało mi odpowiedź na zadawane sobie pytanie. I przypomniało mi o tej podstawowej samotności, o której kiedyś przecież nawet pisywałem piosenki. Dzięki tym słowom zatrzymałem się i zawróciłem. Przestałem zagłuszać samotność i uciekać od niej. Spojrzałem jej w twarz i pogodziłem się z nią. Kiedyś dobrze nam było razem, ale gdzieś po drodze się zgubiliśmy.

Co do drugiej części wypowiedzi - tej o konieczności komunikowania się: ilu ludzi tak naprawdę potrzebujemy, żeby się w nich przeglądać? 500? 100? 50? Ja bym chciał sprawdzić, czy wystarczy moja własna rodzina. Kochani ludzie, dla których czasem brakuje uwagi, myśli, gestu. Myślę, że wystarczy, skoro już zaczynam się godzić z tą przyrodzoną samotnością. Koniec z wyciąganiem innych na weekendowe wyprawy, kawy, obiady, przechadzki itd., koniec dzwonienia i pisania, a potem znowu odpowiadania na następne wiadomości, że jednak nie uda się, może kiedy indziej. Zamiast tego lepiej zaplanować jeszcze jeden przystanek na rodzinnej wycieczce lub dłużej cieszyć się obecnością najbliższych. I my będziemy mieli lepszy dzień, i innym nie będziemy przeszkadzać w ich jakże zajętych lub zmęczonych dniach.

Ubóstwo czasowe

Nie wybieramy sobie czasów, w jakich żyjemy. Polska należy do krajów, gdzie ludzie są zabiegani, wykończeni i wymęczeni, w dodatku uważa się to tutaj często (choć chyba coraz rzadziej) za cnotę i bohaterstwo. Jest to jakiś sposób psychicznego radzenia sobie z problemem, choć istnieją inne, na przykład taka organizacja czasu, by nie być wykończonym.

Wiadomo - są różne skrajne i wyjątkowe sytuacje życiowe lub momenty, jak chwilowy nawał spraw, chore dziecko, a bywa, że i konieczność przetrwania. Ale zjawisko ubóstwa czasowego czy czasobiedy nie występuje wyjątkowo, tylko powszechnie, i jest skrajne wyłącznie w swoim absurdzie. Nie wynika zazwyczaj z tragicznej sytuacji (choć i tak bywa, szczególnie gdy nikt wokół nie ma czasu pomóc), tylko z tego, że ludzie muszą mieć dużo, więcej i jeszcze więcej, ile tylko się zmieści. Gdy ktoś łapie 10 srok za ogon, zawsze mu któraś ucieknie. Ubóstwo czasowe rzadko stanowi skutek trudnych warunków życiowych. Przeważnie jest konsekwencją zwykłego braku umiaru.

Jeśli nawet sami zadbamy o to, by mieć czas zarówno na pracę, jak i dla innych, i tak nie ma go z kim spędzić. Pozostaje zatem też nie mieć czasu na spotkania towarzyskie. Lepiej przeorganizować go i przeznaczyć wolne od pracy wieczory na własne sprawy, pasje i odpoczynek. A energię i uważność zachować dla domowników. I dla tych paru przyjaciół, których najczęściej znamy od bardzo dawna i pozostają nimi, nawet gdy nie widzimy się latami. A gdy przyjdzie co do czego, zawsze jakoś znajdą dla nas czas, tak jak i my dla nich.

Na koniec dwie piosenki - jedna po angielsku, druga po polsku. Obie bardzo na temat.


wtorek, 21 sierpnia 2018

Jabłkozbiory

Przez suche i gorące lato jabłka nie urosły za bardzo. Za to obrodziły nad podziw. Dziś zebrałem skrzynkę koszteli ze starego, pięknego drzewa pośrodku naszego sadu. Małe, zielone, słodziutkie owoce. Nie proponowałem nikomu, żeby przyjechał i pozbierał je, ale niesłusznie - na drzewie jest tyle jabłek, że starczy dla wielu, nie tylko dla nas.

Trzeba tylko je pozbierać.

Musi się chcieć.

Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekam ze zbieraniem. Na pewno po części dlatego, że co sezon wiele jabłek gnije nam w piwnicy, nie jesteśmy wielkimi miłośnikami, pijemy niewiele soku jabłkowego, nie robimy cydrów, szarlotek, przetworów itd. Ale pewnie też dlatego, że pamiętam zrywanie jabłek z dzieciństwa. Jako młody chłopak pomagałem rodzicom w pracach dorywczych w sadzie. Ciężko to znosiłem. Może dlatego, że byłem jeszcze zbyt młody na kilkugodzinną, monotonną pracę, a może po prostu urodziłem się niereformowalnym leniem. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a przecież moi rodzice to ludzie pracowici jak mało kto, przynajmniej na tyle, na ile mogli to w życiu sprawdzić. Ja lubię sobie tłumaczyć, że pochwalam minimalizm - w otoczeniu, w kontaktach z ludźmi, w posiadaniu, a także w zarabianiu i pracowaniu. Dużo lubię tylko tworzyć. I mieć czasu.

W każdym razie jabłek mamy masę, a wkrótce również znajomi, których spotkamy, nie będą narzekać. To, czego nie wyzbieramy, wyląduje na ziemi, a potem pod kosiarką. Szkoda pysznych, niepryskanych, naturalnych jabłuszek, więc w międzyczasie sam zbieram. Nieważne lenistwo, traumy z dzieciństwa i rozmyślania nad bezsensownością zbierania jabłek w sadzie, który zbiegiem okoliczności tylko przypadł nam w udziale.