wtorek, 15 czerwca 2021

Że niby bez sensu?


Układanie alfabetyczne książek na regale to zadanie wydawałoby się głupie, jałowe i dla ludzi, którzy naprawdę się nudzą. Dlatego zwlekałem z tym długo, myślałem, że aż do emerytury. A jednak coraz częściej zdarza mi się szukać jakiejś książki, żeby zajrzeć, przypomnieć sobie, znaleźć jakiś cytat. Zadanie żmudne, jeśli na półkach chaos. W końcu postanowiłem więc zacząć. Poświęcić temu 15 minut, żeby na przykład przełożyć kilku autorów na A na początek. A potem wrócić w ramach przerwy w pracy i odmóżdżenia.

I wiecie co? Wciągnąłem się w to bez reszty w dniu, kiedy akurat miałem najwięcej roboty. Wciągnąłem się, mimo że na dzień dobry musiałem puścić w ruch odkurzacz i pozbyć się mnóstwa zasuszonych pająków i ich gniazd, zaś pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy brzmiała „Prawdziwe książki są obleśne”. Bo ja raczej e-bookowy jestem.

Masa wspomnień, zapomniani autorzy, książki, o których nie wiedziałem, że je mamy (taki Iwaszkiewicz na przykład – prawie każdy właściciel dużego księgozbioru go ma, a tylko nieliczni o tym wiedzą!), autografy z dawnych lat, w tym ten od Łukasza Mańczyka, z którym dawno temu razem buszowaliśmy po imprezach poetyckich w Krakowie:

Przecież to żywa chwila zaklęta w kilku wersach (jak to poeta zresztą potrafi)!

Książki podwójne, które lądują z boku, do oddania. Organizacja regału, żeby np. książki o Warmii i Mazurach były osobno, tak samo religioznawstwo i duchowość oraz dietetyka i kucharskie. Osobne sortowanie biografii i książek czysto tematycznych.


Samo układanie też sprawia frajdę i uzależnia tak, że trudno się oderwać! Powstają cudaczne, ciekawe, intrygujące kombinacje nazwisk, których nie łączy nic poza pierwszymi dwoma literami, lub które łączy właśnie bardzo wiele! Na przykład zaraz za wielką górą z konieczności pionowo ustawionych pism Stachury staje dumnie książka Enormiego Stationisa, twórcy, którego poznałem na Białej Lokomotywie – imprezie związanej właśnie ze Stachurą. Zaraz potem rozdziela ich śpiewnik Starego Dobrego Małżeństwa – też symboliczne – i to, że jest obok, i to, że rozdziela.

Albo spostrzeżenie, że przez różne wymiary półek i książek muszę niektóre układać poziomo. Najczęściej są to pojedyncze egzemplarze kładzione na szeregu tomów stojących pionowo, ale dwoje i tylko dwoje autorów potraktowałem poziomo po całości – wspomnianego Stachurę i Olgę Tokarczuk. Od razu człowiek myśli, ile mają ze sobą wspólnego i ile wspólnego jest w naszych relacjach z tymi książkami i wspomnieniach, bo książki trafiają na nasze półki w różnych sytuacjach, na różnych etapach naszego życia. Tę przywiozłem z domu rodzinnego do akademika i od razu ustawiłem na honorowym miejscu. Te wypakowaliśmy z pudła, które stało zamknięte przez 10 lat w oczekiwaniu na prawdziwy dom. Tego autora powinno być coś jeszcze – ktoś nie oddał! Tę książkę podarował mi ktoś, to są książki człowieka, z którym rozmawiałem przez telefon o wydaniu własnej, tamta znowu to owoc wielu dyskusji na jakiś temat, tu tom wierszy z akordami naniesionymi ołówkiem 30 lat temu, gdy próbowałem napisać do tego muzykę.

I może prawdziwe książki stają się obleśne, gdy wprowadzają się na nie i do nich owady i pajęczaki, a one stoją latami na półce i obrastają kurzem. Ale tabela w zakładce „Home” w czytniku elektronicznym nigdy nie zapewni takiej eksplozji wrażeń i wspomnień.

Szkoda, że przetasowań na półkach podczas sortowania nie przetrwał przepiękny tandem Pilipiuk-Platon!


sobota, 17 kwietnia 2021

Spieszmy się kopać, gdyż wiosna

Połowa kwietnia, przedwiośnie pomału przeradza się w pełnogębną wiosnę, więc trawska, zielsko i chwaściory już szeleszczą wesoło i wyłażą z ziemi jak hordy zombie w Walking Dead: Road to Survival. Jak tak człowiek siedzi i patrzy, to aż widać gołym okiem. Jako że staramy się być asertywni, ale nie ofensywni, wyznaczamy w tym roku wyraźne granice. Nie im (bo to by było ofensywne), ale własne (bo to asertywne). Miejsce parkowania aut wysypaliśmy drobnymi kamykami, wokół domu zaś rozkładamy agrowłókninę, gdzie wylądują różne kwiaty i zioła przez małżonkę dla odmiany pożądane. Od trawiastego podwórka oddzielać je będzie pas kamieni.

Tu na razie jest pierdolnik, ale będzie korolowy dookolnik!
Myśleliśmy, że możemy liczyć tu na fachową robotę firmy ogrodniczej, która zrobi tak, żeby było prawie od razu (no, w ciągu lat 2-3) pięknie, a żeby prac pielęgnacyjnych było jak najmniej. Niestety ta, po wstępnej wycenie wszystkiego rzędu kilkunastu tysięcy złotych (wraz z zamianą sadu tanimi, acz wystarczającymi ponoć w naszym przypadku metodami w łąkę kwietną) i sprzedaniu nam projektu, wystawiła wycenę ostateczną na prawie 100 tysięcy złotych. Za tyle kasy to można kupić duże, piękne mieszkanie w miasteczku, odbyć podróż dookoła świata, urządzić na fest strych domostwa i w ogóle kto ma takie pieniądze, o czym tu w ogóle mowa? Niezły margines błędu, co? Ponoć rośliny podrożały. Taa, o 800%. 

Ale nie chce mi się drążyć. Rozczarowanie bardzo mocne małżonka przeżyła i cóż robić. Miałem w tym nie pomagać, bo to jej świat i jej przygoda być miała, ale w tej sytuacji trzeba zakasać rękawy i pomóc w realizacji marzenia o pięknie otoczonym domku. Przynajmniej kasy pójdzie mniej, choć zatrudnimy do tego jeszcze koleżankę, przy której oboje znamy się na roślinach jak alpaka na prodiżu. 

I tyle na dziś. Gdy człowiek odpocznie parę dni od zawodowego klepania w klawiaturę, to aż się chce napisać coś ot tak. Podzielę się jeszcze zatem ukutym dziś podczas przewożenia kamieni starochrześcijańskim przysłowiem w wersji ocenzurowanej: Spieszmy się kopać osty, tak szybko wychodzą.

Wersja bez cenzury: Spieszmy się kopać osty, tak szybko skurwysyny wychodzą.

środa, 11 listopada 2020

Flagi kontra wirus

Nie umiem ładnie rysować, ale zdjęcia nie znajduję.

Kolejne Święto Niepodległości i znowu dół i samotność. W Warszawie leją się czym popadnie, padają ranni, płonie mieszkanie kogoś dlatego, że jego sąsiad z góry ma inne zdanie na temat kilku ważnych spraw. Tak się świętuje w Polsce urodziny ojczyzny.

Kij z pandemią. Rząd przeznacza pieniądze z funduszu do walki z nią na maszty i flagi. I nawołuje ludzi do podawania danych osobowych w głosowaniach. Do czego je wykorzysta? Czasy są kiepskie, więc nie wiadomo. Może i tak już mają dane nas wszystkich, ale w ten sposób od razu będą mieli wszystko razem w jednej bazie.

Najgorsze, że ludzie i lokalne media, również na wsiach, rzucili się do namawiania innych do głosowania, jakby to miało być dobre, piękne i szlachetne. Tymczasem im więcej gmin weźmie udział w projekcie, tym więcej pieniędzy odpłynie z inwestycji w walkę z covidem. Co jest teraz ważniejsze? Więcej flag czy mniej zgonów?

To wielki błąd myślowy wielu decydentów, ale też i nasz – zwykłych ludzi: że jak dają kasę to trzeba brać, nieważne na co, choćby i na wielką dziurę na środku wioski – trzeba się postarać, napisać, zagłosować, korzystać z okazji, bo tak to działa!

Otóż nie, to nie tak działa. To działa tak, jak pozwalamy. Publiczne pieniądze nie są po to, żeby je wydrzeć za wszelką cenę i wydać na byle co. O publiczne pieniądze warto się starać po to, żeby je wydać na rzeczy potrzebne i pożyteczne. Jeśli cel jest słaby, lepiej żeby zostały tam gdzie są, wtedy będzie więcej pieniędzy na coś innego. W najgorszym razie inna wioska będzie miała dziurę na środku. Albo pomnik głupoty, bo tym są te maszty, jeśli stawia się je kosztem walki z zarazą.

Teraz dają na maszt i flagę – to nic, że z pieniędzy ratujących życie. Zmieńmy skalę – gdybyś Ty, głosujący na swoją gminę przyjacielu, miał fundusz na utrzymanie zdrowia Twojej rodziny lub na walkę z chorobą, kupiłbyś sobie z tego maszt i flagę? No właśnie.

Wystarczy zresztą spojrzeć w ustawę – §2, 1. 4: 

Środki Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 przeznacza się na wsparcie, w postaci środków finansowych, zwanych dalej "środkami", kierowane dla: (...) gmin zakwalifikowanych do udziału w projekcie "Pod Biało-Czerwoną", zorganizowanym przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów oraz Ministerstwo Cyfryzacji, które wynosi do 5000 zł dla każdej zakwalifikowanej gminy.

Czy nie brzmi to jak jakiś ponury żart?

Nie dajmy się zwariować. Zanim rzucimy się do radosnego głosowania „na naszą gminę”, popatrzmy, czy nie kupujemy dla niej gwoździa do trumny.

piątek, 24 lipca 2020

Nasz Sauron

Brakowało kogoś takiego na naszej wieży nad warsztatem. Lord Sauron. Gdzie się podział, odkąd opuścił Śródziemie? Tego nie wiem, ale ostatnio zamieszkał u nas. Z początku gniewny, o mało nie zjarał naszego małego Barad-dur.

Wieżę stworzyliśmy przy okazji budowy warsztatu na fundamentach starej drewutni i domku na dachu do zabawy dla synka. Trochę dłuższe belki, jeszcze jeden dach i voila – moje miejsko-blokowe atawistyczne tęsknoty do patrzenia na świat przez balkon, gdy trzeba było coś przemyśleć, znalazły ukojenie.



Wracając jednak do sługi Morgotha – po pewnym czasie warmiński pejzaż, spokój i radość panujące w naszym domu, a także życzliwość i akceptacja, jaką okazywaliśmy Sauronowi, sprawiły, że otaczające Oko płomienie nieco wyblakły, oko uspokoiło się, nieco zbłękitniało, a ostatnio nawet, gdy na przeciwległym horyzoncie pojawiła się tęcza, zauważyłem na źrenicy kilka łez wzruszenia. Dobrze u nas mrocznemu władcy. Nie sądzę, żeby jeszcze był zły. Warmia leczy. Nie wiem tylko, czy teraz w budkach pod daszkiem będą jeszcze lęgły się wierzchowce dla nazguli.

Przy okazji, już bez jaj, na moim fotoblogu też jest nowy post, bardzo warmińsko-wiejski w swojej wymowie, więc zapraszam: W środku lasu była wieś.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Człowiek jak państwo. Albo i nie.

Człowiek jest trochę jak państwo. Ma swój charakter, swój umysł, swoją energię, swoje wartości, swoje konflikty zewnętrzne i wewnętrzne.

To dobre uczucie, gdy człowiek żyje w państwie choć trochę do niego podobnym. To daje siłę, poczucie uczestnictwa w czymś większym od siebie, a swojskim. A jeśli tak nie jest, to przynajmniej dobrze jest, jeśli można zapominać o tym, jakie jest państwo, zepchnąć je w podświadomość, dać jemu zepchnąć siebie w szarą masę i jakoś tam współistnieć na zasadzie na wpół świadomego wypełniania wzajemnych zobowiązań.

Ale gdy państwo jest całkiem inne, gdy staje się kimś, z kim za żadne skarby się nie dogadasz, z kim nie chcesz i nie możesz się utożsamić, i gdy nie możesz o nim zapomnieć, bo wciąż wpływa na twoje życie, na twój charakter, umysł i energię, wystawia na próbę twoje wartości i jątrzy konflikty... wtedy jest tak, jakbyś nie zgadzał się ze sobą samym. Przypomina to trochę schizofrenię, od której trudno się uchronić, nie popadając w zupełny cynizm. Emigracja wewnętrzna takim cynizmem pachnie. Zewnętrzna? Pewnie może pomóc, choć wiem, że tylko do pewnego stopnia.


środa, 25 marca 2020

Nie byłem z wami na ulicach...

No i jednak przyszło zostać w domu, a planowane wyjazdy i wizyty straszą tylko powiadomieniami w komputerowym kalendarzu.

Jest jak jest, cóż robić. Na wsi jest jednak spokojniej. Mamy całą przestrzeń na ruch, własny ogródek i piwniczkę z zapasami. Nie czytam internetów. Wychodzę na dwór, jadę do miasteczka i widzę, jak jest. A jak będzie – tego nie wie nikt.

„Ponad 900 przypadków zakażeń w Polsce" – krzyczy Onet. No tak, to może być i 9 milionów. Dziesiąta ofiara. Nie licząc „niewydolności krążenia”, prawda? ;) Ultrazaraźliwy wirus o tak zróżnicowanych, czasem wręcz żadnych objawach, a wiadomo, ile osób zainfekował. Bardzo ciekawe. Można się w tym uwikłać, dyskutować nad niuansami, szczegółami itd. Gra, którą teraz tłumaczę, ma znacznie bardziej zawikłaną historię niż ta epidemia i mogłaby wkręcać tak samo, gdyby teksty pojawiały się w serwisach informacyjnych. Jest pewnie też tak samo (nie)prawdziwa, jak wiele informacji.

oleszczuk.art
Chcielibyśmy wiedzieć, co jest i co będzie. Ale nie wiemy i się nie dowiemy. Tak naprawde mamy tylko świat rzeczywisty i pozamedialny, własne oczy i uszy. Pozostaje przygotowanie się na wszystko i akceptacja faktu, że nie mam na to wpływu ani kontroli nad tym. I że czytanie kolejnych artykułów da mi tyle poczucia bezpieczeństwa, co alkohol lub narkotyki. Tak łatwo ulec złudzeniu, że dzięki mediom będę wiedział, co stanie się jutro. Ćpanie medialnej papki na chwilę znieczula. Co jednak pozostawia po sobie?

„Nie trzeba pogodynki, żeby wiedzieć, w którą stronę wieje wiatr”, jak śpiewał Bob Dylan. Żyjemy w czasach, w jakich żyjemy, ale pewne rzeczy działają od wieków i nic tu się nie zmieniło poza tym, że o nich zapominamy. Intuicja. Instynkt samozachowawczy. Moc spokoju. Akceptacja tego, co trwa.

Co zatem tutaj, na wygwizdowie? Cisza, spokój i ludzie trochę szukający siebie i siebie nawzajem, a trochę wystraszeni. I nowe normy szkolnictwa, a wraz z nimi pytania, na ile ich przestrzegać, a na ile pozostać z własnymi przekonaniami w kwestii rozwoju dziecka. Niepokój, czy chwilowy brak zleceń nie przerodzi się w brak stały. Zamykające się przychodnie, a więc sens ciepłego ubierania się i unikania drabin oraz innej kaskaderki podczas wiosennych prac przydomowych. I najbliższy pozaszkolny kolega synka, który jednocześnie mieszka w jedynym znanym nam bezpośrednio domu, w którym trwa kwarantanna. A więc Hangouts na telefonie dziecka, żeby mógł pogadać trochę z kolegami nie najbliższymi. Póki co tyle. Dziś. Co jutro? Nie wiem. I nie dowiem się tego wcześniej niż jutro, choć z każdej strony ktoś próbuje mnie przekonać, że dokładnie to wie. Strącam to wszystko z ramion. Dzięki temu lżej jest dźwigać codzienny, większy ostatnio ciężar.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Nie siedźcie w domu zbyt długo

Dziwna, bezśnieżna zima w pełni. Nadzieja na lepszy czas, na nowe otwarcie w życiu błyska jednak coraz częściej jak błękitne strzępki pomiędzy szarymi chmurami. Bo tutaj, na wsi, rytm pór roku bardzo się z rytmem życia synchronizuje. Niedawno miałem okazję doświadczyć tego w sposób dość nawet jak dla mnie skrajny.

Przez dwa tygodnie słońca nie było wcale. Szarość, szarość, szarość. Obowiązki nie pozwalały za bardzo wynieść głowy z domu na dłużej niż kilkunastominutowy spacer z psem. Dusza wołała do słońca i światła, tym bardziej że wrócił właśnie z naprawy aparat wielkoformatowy, który ostatnio pochłonął moje całe praktycznie fotograficzne zainteresowanie. Ale bez światła żadne to fotografowanie, szczególnie klasycznie.

Zdążyłem jeszcze wpaść z wizytą do człowieka, który od dłuższego czasu zapraszał mnie do siebie, a który ma kilka koni i puszcza je czasem na warmińskie wzgórza. Ja, wypełniając sobie bezludne wieczory grą Red Dead Redemption 2, o której może napiszę więcej, bo inspirująca się dla mnie okazała na kilka sposobów, miałem okazję uczestniczyć w sesji fotograficznej z dzikimi mustangami na ekranie. I tak mnie wzięło, że mam nową zajawkę fotograficzną. Niestety, chmury i tego dnia nie chciały odsłonić choćby skrawka nieba. A gdy to wreszcie zrobiły kilka dni później, ja już leżałem złożony gorączką. Cały okres ładnej pogody przeleżałem ledwie przytomny. Opadły mnie wszystkie demony, jakie tylko mogły: nagły brak zleceń, które jak nożem uciął po Nowym Roku, deprywacja po miesięcznym już niemal siedzeniu w domu, żal po utraconym wyjeździe na konwent fantastyki, gdzie miałem nadzieję poznać jakieś życzliwe dusze. Poczułem nie pierwszy raz, że mieszkanie na wygwizdowie upośledza mnie, odcina od życia, sprawia, że marnuję resztę najlepszych lat, a wraz ze mną dziecko i żona (która ma jednak ten dar, że jej wszędzie dobrze). Dołączył do tego lęk o los kraju rozrywanego, rozparcelowywanego i zawłaszczanego przez chciwych psychopatów i kupujący ich narrację, żądny gotówki prosty nieraz, a nieraz ostro pokręcony lud. A mnie rwało do robienia zdjęć, do drogi, do działania. Pewnej nocy myślałem, że wyjdę, jak stoję, i pójdę przed siebie, dopóki nie padnę.

Wiele mnie kosztowało uśpienie tych demonów. Dość, że cały następny dzień przespałem i prawie go nie pamiętam. Takich zmagań nie pamiętam od dawna. Przyszło jednak wstać, otrząsnąć się i opracować plan działania, wyjścia z sytuacji. Tocząca się powoli przez nieboskłon kula ziemska pomoże mi w tym, bo toczy się w najlepszym z możliwych kierunków.

Pierwszym wyjściem, bardzo konkretnym, jest... światło. Jeżeli natura nam go skąpi, trzeba radzić sobie samemu. Małżonka kupiła mi lampę słoneczną, taką jak tu. Konkretnie – fotovitę FV-10. Wygląda jak produkt medyczny, bo nim jest, choć szkoda, że nie postawiono na elegancję i estetykę. Ponoć w Skandynawii korzystanie z takich lamp to norma i ludzie wieszają je sobie zwyczajnie jako żyrandole. Oczywiście ich modele mają wygląd oświetlenia domowego. Można takie kupić i u nas, ale kosztują wielokrotnie więcej. Nic to. Światło z niej jest fenomenalne – jasne, odpowiednio dobrane, by emitować słońce, ale bez UV. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to zmierzyłem je światłomierzem, żeby się przekonać, na ile ta lampa się przyda jako stałe oświetlenie do zdjęć. Bywam jednak czasem do bólu konkretny. Choć lampa to nie słońce, każdy fotograf, który zobaczy taki biały, 5000-luksowy panel, uśmiechnie się. Powiem tylko tyle, że może się uśmiechać dalej, bo uśmiech to słuszny, a światło fajne. Do świecenia sobie w oczy o poranku i przy śniadaniu, gdy wokół ciemno i ponuro, też polecam. Brak słońca przestał być problemem. Czy na dłuższą metę? Jeszcze nie wiem, ale napiszę.

Druga rzecz – ruch. Próbowałem już biegać i można się nadal ze mnie śmiać. Ale tak na serio, chciałbym jakoś wpłynąć dodatnio na własną kondycję i zastanawiam się, co tu zrobić. Pewnie zostanę przy nordic walking, odrzucając próby znalezienia kogoś, z kim można by było chodzić, wspierając się wzajemnie w kwestii samodyscypliny. Nie, koniec z takimi mitami rodem z seriali i świata przedcyfrowego. Trzeba liczyć na siebie i ewentualnie na aplikacje sportowe. Inni to mogą dać serduszko pod selfikiem z parametrami marszu. Takie czasy. Choć ja tam żadnych selfików nikomu dostarczać nie zamierzam. Serduszka i tani poklask wgapionych w ekrany ludzi nie motywują mnie w najmniejszym stopniu.

Zapełniam sobie kalendarz dni niepracujących wyjazdami, spotkaniami z najbliższymi przyjaciółmi i z ludźmi, którzy zjeżdżają się w różnych miejscach w imię wspólnych pasji i wartości. Tam jest moje towarzystwo i tam będę spędzać wolne dni. Naprzód niebiescy! Wiosna idzie!

wtorek, 31 grudnia 2019

Zupełnie nic się nie działo...

Nie był to rok najciekawszy. Zdecydowanie nie pasuje do niego określenie „spektakularny”. Powiem więcej – nie ma o czym opowiadać przy piwie ani na spotkaniach towarzyskich, których coraz mniej. Nie wydarzyło się nic przełomowego, choć od reguły oczywiście jest wyjątek – skończyłem szkołę fotograficzną ze znakomitym wynikiem, a samą obronę i jej okoliczności mogę określić bez wahania jako emocjonującą przygodę. Poza tym bardzo niewiele koncertowania, niezwykle kameralna wystawa objazdowa, którą widziało niewiele osób, w tym bardzo nieliczni znajomi spoza fotograficznej branży, żadnych wielkich podróży w nieznane, żadnych niesamowitych wydarzeń, żadnych zwrotów akcji. Więcej rezygnacji niż zdobywania, więcej odwrotów niż ataków, zamykanie się zamiast otwierania i cisza zamiast hałasu.


A jednak był to rok bardzo udany i pełen miłości. Zupełnie jak najpiękniejszy spośród przebiśniegów, samotny na stoku góry, na którą nikt się nigdy nie wspinał. Rok spod znaku „mniej”. Rok, w którym dość radykalnie postawiłem na jakość, a nie na ilość. Rok wyciszenia, odnalezienia się. Rok gruntownego retuszu, spokojnych porządków, rok zostawiania i rok skupienia. Rok małych, cichych, ważnych sukcesów, które wcześniej nadejść nie mogły, bo tłumił je zgiełk, zbytnia uległość wobec tego, co mi nie pasowało, rok minimalizmu, odkrywania i koncentracji na tym, co dla mnie naprawdę ważne. Rok, w którym świadomie zmniejszyłem swój świat i zostawiłem w nim tylko te elementy, aktywności i relacje, które są dla mnie najcenniejsze i najciekawsze (a w przypadku relacji – dodatkowo wzajemne). Wiele z nich ograniczyłem, czasem do niezbędnego minimum (Thanks for the dance, I'm sorry you're tired). Teraz czuję się przede wszystkim lżej. Spokojnie mogę powiedzieć – był to szczęśliwy rok.


Oczywiście zmiana daty niczego nie zmienia. Nadal jest trochę za dużo, nadal jest za głośno, nadal więc dążę do skupiania się na tym, co dla mnie ważne i co mi potrzebne, ostrożnie podchodząc do nowych rzeczy, ucząc się odmawiać. Poznawanie tego nie jest łatwe, popełniłem kilka błędów, ale bez błędów nie ma nauki.

Tak to już z nami jest – wydaje nam się, że wiemy, co chcemy, że znamy siebie tak dobrze. Gdy jednak lepiej się przyjrzeć – tak wprost i z ogromną otwartością wobec siebie, z bezwarunkową akceptacją wobec tego, co odkryjemy – może się okazać, że z tysięcy spraw, którym dawaliśmy energię, większość jest zbędna i nikomu nie przynosi żadnego pożytku. Nawet jeśli wierzyliśmy, że dla innych właśnie coś robimy. Okazuje się, że wiele rzeczy robimy z rozpędu, „bo tak”. Że wiele przyzwyczajeń, z którymi walczymy, bo nie pasują do naszego obrazu samych siebie, jest nam potrzebnych – zupełnie trywialnie – byśmy mogli w spokoju być sobą. Że wiele spraw, o które zabiegamy, które z mozołem pchamy przed sobą jako dzieło naszego życia, już dawno stało się jałowym ciężarem. Że nie potrzebujemy setek znajomych, bo wystarczą nam najbliżsi i te 3–4 osoby, które możemy nazwać przyjaciółmi. I wreszcie – że gdy już się ze sobą w pewnym stopniu pogodzimy, nawet duma własna do niczego nam nie potrzebna, a to, co o nas myślą inni, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Chyba że istnieje jakiś konkretny cel dostosowania się, a my mamy w sobie trochę cyniczności i wyrachowania. A pewnie mamy. I to też warto zaakceptować. Nie musimy pasować do żadnego obrazka, nawet takiego, jaki sami sobie wymyśliliśmy. A jeśli mimo to chcemy, zawsze możemy obrazek zmienić lub namalować własny, jedyny taki na świecie, choćby miał wydawać się dziwaczny. Dziwaczność to skutek uboczny specyficznych dla danej kultury norm, stereotypów i myślenia na skróty – naprawdę nie ma się czym przejmować i nie warto niczego przed sobą udawać. Czasem dzięki takiemu podejściu możemy dać przestrzeń temu, co w nas najlepsze i najpiękniejsze.


Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu to, o czym piszę, jest mało uniwersalne. Relacje międzyludzkie i różnego rodzaju uwikłania, jakie są udziałem większości z nas, potrafią być bardzo złożone. Ale jeśli mieszka się na odludziu, to może się po pewnym czasie okazać, że te uwikłania to tylko martwe brzemię, które zabraliśmy ze sobą z poprzedniego, miejsko-towarzyskiego życia. I że to też tylko przyzwyczajenie.


Podnoszę się lekki jak piórko, zrzuciwszy pokaźny bagaż złudzeń i skorupę mentalnych nawyków. Bez żadnych warsztatów rozwoju osobistego i tego typu rzeczy. Cisza to nie jest coś, co po prostu jest. Ona działa cały czas i bezustannie zmienia człowieka. Jak woda w leśnym strumieniu. Mija rok i okazuje się, że strumień ma jeszcze więcej miejsca wśród twardego, zdawałoby się, gruntu.

Tego właśnie życzę w nowym roku sobie i wszystkim, którzy cokolwiek z tego wpisu kumają. :)

niedziela, 17 listopada 2019

Gdy nikt nie ma czasu, a ja go mam...

Nie trać czasu z kimś, kto nie ma go, aby go spędzać z tobą. (Gabriel Garcia Marquez) 
Odkąd przeprowadziliśmy się na północ, zrobiło się dziwnie. Relacje z innymi rdzennymi lub przyjezdnymi mieszkańcami były od początku na dystans, a w niektórych przypadkach, choć na początku przebiegały nawet intensywnie i fajnie, w końcu okazywało się, że ludzie mają coraz mniej czasu, aż po kolejnym odwołanym spotkaniu lub "musimy się jakoś zobaczyć" mówiliśmy coś, co stało się już stałym tekstem: "My bardzo chętnie, jak będziecie mieli czas, to dajcie znać". I relacje zanikały, by budzić się tylko przy konkretnych potrzebach.

Zagoniony slołlajf

Można powiedzieć, że tutaj jest trochę jak na Zachodzie - ludzie raczej nie zaglądają sobie do garnków, niezbyt intensywnie plotkują w porównaniu z taką na przykład Małopolską. Ale ma to drugą stronę - nie są zbyt towarzyscy, bardziej cenią sobie własne sprawy niż spotkania.

Ja tymczasem przyzwyczaiłem się wcześniej do bywania w knajpach, grania razem w planszówki, łażenia do kogoś, przyjmowania kogoś u siebie. I stąd często na warmińskiej wsi dręczyło mnie osamotnienie. Radziłem sobie z nim jakoś, ustępowało zupełnie, gdy odwiedzali nas starzy znajomi i rodzina z Polski. Nadal nas odwiedzają, a czasem my ich. I w tych ostatnich sytuacjach przekonujemy się, że przez 10 ostatnich lat zmieniło się sporo również tam, na południu. Że to nie tylko kwestia północnego dystansu - ludzie po prostu nie mają czasu, bo zapieprzają i nie dbają przy tym o jakąkolwiek strategię, która umożliwiłaby im zwolnienie tempa. Tu zresztą, gdzie wieś spokojna i wesoła, gdzie citta slow jedno na drugim, jest tak samo. Właśnie ci najwięksi slołlajfowcy często mają najmniej czasu - są zaganiani po uszy i ledwo zipią, żeby ten slołlajf jak najskuteczniej, najwydajniej i najlepiej uprawiać i sprzedać. A prawdziwe wolne życie? Też jest, ale jest ciche i nietowarzyskie. Ludzie wolni i mający czas chyba robią to, do czego i ja dojrzewam - nie marnują czasu na zbędne relacje. Również na relacje ze mną, jeśli są one im potrzebne. Ludzie wolni nie są samotni nawet sami ze sobą.

Latem chciałem po raz kolejny otworzyć się, odświeżyć kilka starych znajomości, pospotykać się, wykorzystać wspólne zainteresowania czy podobne zamierzenia, by robić coś razem. Ilość odpowiedzi odmownych, odwołanych spotkań i zmian planów była równie wielka, jak moje zaangażowanie. W końcu z zadaniami uporaliśmy się sami, my też nikomu w niczym nie pomogliśmy, na wycieczki nadal jeździmy sami, i już nawet nie zauważamy, gdy przejeżdżamy nieopodal domów znajomych, choć jeszcze parę lat temu nie mogłem uwierzyć, że można być obok i się nie zobaczyć. Już wierzę. Każdy ma mnóstwo spraw, obowiązków i odpowiedzialności, więc nawet przy dobrych chęciach trudno, żeby coś mu nagle nie wypadło. A ja się czuję jak naczynie wypełnione zgniecionymi kartkami z wypisanymi na nich słowami "nie". I te kartki już wypadają i zaczynają walać się wokół. Więcej nie wejdzie. Nie mówiąc już o tym, że konkretnych inicjatyw towarzyskich wychodzących do mnie, a nie ode mnie prawie brak.

Po co nam znajomi?

Zastanawiałem się, czy naprawdę do szczęścia potrzebne jest coś takiego, jak znajomi, którzy na nic nigdy nie mają czasu. Żeby mieć iluzję, że nie jesteśmy samotni? A może to w ogóle jest tak, że ludzie, z którymi chcemy przebywać, wcale z nami przebywać nie chcą i vice versa - nam wcale nie spieszno do tych, którzy chcieliby mieć więcej kontaktu z nami? Nawet jeśli nie chcą - i nie chcemy - przyznać się do tego sami przed sobą, choćby z poczucia, że mogłoby to zdewaluować jakąś osobę czy jakoś nadszarpnąć nasz do niej dystansowy, ale przecież jednak szacunek i sympatię?

Rozmawiałem trochę o tej samotności i unikaniu ludzi ze znajomym, który stara się unikać zbiorowisk i nie znajduje przyjemności w różnego rodzaju towarzystwach. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, że przytoczę tu fragment jego wypowiedzi z naszej korespondencji, bo we mnie rozpoczął on coś ważnego, czym się za chwilę podzielę. Napisał on zatem:
W jakimś tam stopniu ciągle jesteśmy i będziemy samotni, chociażby w wymiarze zrozumienia. Jesteśmy takimi izolowanymi światami, każdy w sobie musi wszystko rozstrzygać - tu samotności jest niejako aksjomatyczna. A jednak poprzez innych ludzi widzimy więcej. Musimy się komunikować, bo inaczej dryfujemy w sobie, nie mamy punktów odniesienia. A te są ważne, bo nie wzięliśmy się z tym swoim w sobie światkiem znikąd. Wzięliśmy się z innych ludzi, jesteśmy na czułkach ewolucji. W innych ludziach możemy się przejrzeć jak w lustrze.
To w sumie dało mi odpowiedź na zadawane sobie pytanie. I przypomniało mi o tej podstawowej samotności, o której kiedyś przecież nawet pisywałem piosenki. Dzięki tym słowom zatrzymałem się i zawróciłem. Przestałem zagłuszać samotność i uciekać od niej. Spojrzałem jej w twarz i pogodziłem się z nią. Kiedyś dobrze nam było razem, ale gdzieś po drodze się zgubiliśmy.

Co do drugiej części wypowiedzi - tej o konieczności komunikowania się: ilu ludzi tak naprawdę potrzebujemy, żeby się w nich przeglądać? 500? 100? 50? Ja bym chciał sprawdzić, czy wystarczy moja własna rodzina. Kochani ludzie, dla których czasem brakuje uwagi, myśli, gestu. Myślę, że wystarczy, skoro już zaczynam się godzić z tą przyrodzoną samotnością. Koniec z wyciąganiem innych na weekendowe wyprawy, kawy, obiady, przechadzki itd., koniec dzwonienia i pisania, a potem znowu odpowiadania na następne wiadomości, że jednak nie uda się, może kiedy indziej. Zamiast tego lepiej zaplanować jeszcze jeden przystanek na rodzinnej wycieczce lub dłużej cieszyć się obecnością najbliższych. I my będziemy mieli lepszy dzień, i innym nie będziemy przeszkadzać w ich jakże zajętych lub zmęczonych dniach.

Ubóstwo czasowe

Nie wybieramy sobie czasów, w jakich żyjemy. Polska należy do krajów, gdzie ludzie są zabiegani, wykończeni i wymęczeni, w dodatku uważa się to tutaj często (choć chyba coraz rzadziej) za cnotę i bohaterstwo. Jest to jakiś sposób psychicznego radzenia sobie z problemem, choć istnieją inne, na przykład taka organizacja czasu, by nie być wykończonym.

Wiadomo - są różne skrajne i wyjątkowe sytuacje życiowe lub momenty, jak chwilowy nawał spraw, chore dziecko, a bywa, że i konieczność przetrwania. Ale zjawisko ubóstwa czasowego czy czasobiedy nie występuje wyjątkowo, tylko powszechnie, i jest skrajne wyłącznie w swoim absurdzie. Nie wynika zazwyczaj z tragicznej sytuacji (choć i tak bywa, szczególnie gdy nikt wokół nie ma czasu pomóc), tylko z tego, że ludzie muszą mieć dużo, więcej i jeszcze więcej, ile tylko się zmieści. Gdy ktoś łapie 10 srok za ogon, zawsze mu któraś ucieknie. Ubóstwo czasowe rzadko stanowi skutek trudnych warunków życiowych. Przeważnie jest konsekwencją zwykłego braku umiaru.

Jeśli nawet sami zadbamy o to, by mieć czas zarówno na pracę, jak i dla innych, i tak nie ma go z kim spędzić. Pozostaje zatem też nie mieć czasu na spotkania towarzyskie. Lepiej przeorganizować go i przeznaczyć wolne od pracy wieczory na własne sprawy, pasje i odpoczynek. A energię i uważność zachować dla domowników. I dla tych paru przyjaciół, których najczęściej znamy od bardzo dawna i pozostają nimi, nawet gdy nie widzimy się latami. A gdy przyjdzie co do czego, zawsze jakoś znajdą dla nas czas, tak jak i my dla nich.

Na koniec dwie piosenki - jedna po angielsku, druga po polsku. Obie bardzo na temat.


wtorek, 21 sierpnia 2018

Jabłkozbiory

Przez suche i gorące lato jabłka nie urosły za bardzo. Za to obrodziły nad podziw. Dziś zebrałem skrzynkę koszteli ze starego, pięknego drzewa pośrodku naszego sadu. Małe, zielone, słodziutkie owoce. Nie proponowałem nikomu, żeby przyjechał i pozbierał je, ale niesłusznie - na drzewie jest tyle jabłek, że starczy dla wielu, nie tylko dla nas.

Trzeba tylko je pozbierać.

Musi się chcieć.

Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekam ze zbieraniem. Na pewno po części dlatego, że co sezon wiele jabłek gnije nam w piwnicy, nie jesteśmy wielkimi miłośnikami, pijemy niewiele soku jabłkowego, nie robimy cydrów, szarlotek, przetworów itd. Ale pewnie też dlatego, że pamiętam zrywanie jabłek z dzieciństwa. Jako młody chłopak pomagałem rodzicom w pracach dorywczych w sadzie. Ciężko to znosiłem. Może dlatego, że byłem jeszcze zbyt młody na kilkugodzinną, monotonną pracę, a może po prostu urodziłem się niereformowalnym leniem. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a przecież moi rodzice to ludzie pracowici jak mało kto, przynajmniej na tyle, na ile mogli to w życiu sprawdzić. Ja lubię sobie tłumaczyć, że pochwalam minimalizm - w otoczeniu, w kontaktach z ludźmi, w posiadaniu, a także w zarabianiu i pracowaniu. Dużo lubię tylko tworzyć. I mieć czasu.

W każdym razie jabłek mamy masę, a wkrótce również znajomi, których spotkamy, nie będą narzekać. To, czego nie wyzbieramy, wyląduje na ziemi, a potem pod kosiarką. Szkoda pysznych, niepryskanych, naturalnych jabłuszek, więc w międzyczasie sam zbieram. Nieważne lenistwo, traumy z dzieciństwa i rozmyślania nad bezsensownością zbierania jabłek w sadzie, który zbiegiem okoliczności tylko przypadł nam w udziale.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Anomalie pogodowe i szufla do śniegu w ruch!

Przez 40 minut lało w naszej wiosce tak, że najstarsi mieszkańcy nie pamiętają. Nie dlatego, że nie było gorszych nawałnic, tylko... no cóż, u mnie też latka lecą i pamięć już nie taka, jak dawniej.
Tak czy inaczej, gdy było po wszystkim, trawa w naszym sadzie roiła się od niedojrzałych jabłek i prawie już dojrzałych śliwek. Nawet kilka gruszek z młodziutkiego drzewka, com je parę lat temu zasadził, walało się wokół wątłego pnia.

Z tej okazji chciałbym się z Wami podzielić sposobem na szybkie uprzątanie takiego bałaganu. Podstawa to wiadomo - zgrabić na kupki, wrzucić na taczkę i jazda na kompostownik. Przy takiej pracy najwolniej idzie właśnie zbieranie. I tu wkracza tytułowa szufla od śniegu!

Przysuwamy szuflę do zgrabionej kupki owoców, a drugi jej koniec opieramy o podołek swój. Bierzemy grabie i zgarniamy cholerstwo na szuflę. A potem - na taczkę. W ten sposób w ciągu 15 minut wywiozłem na kompostownik 5 taczek.

I tyle.


Rzadko się odzywam, wiem. Ale coraz częściej myślę o tym blogu i chyba zacznę odzywać się raz na jakiś bardziej regularny czas. Wkrótce napiszę, co tam ogólnie słychać.

wtorek, 23 stycznia 2018

Bieganie 2,5

No i co? Nie było wpisu, nie ma też heheszków. No trudno. Zapuściłem bloga okrutnie, nic dziwnego, że prawie nikt nie czyta ostatnich wpisów i nikt ich nie komentuje.

Odkąd ostatnio się widzieliśmy, pobiegałem raz, a właściwie pół raza, bo próbowałem z psem. Niestety pies nie jest do końca psem, bo to mops. I bieganie "nudzi mu się" po jednym kilometrze, czyli mniej więcej w 1/4 czy 1/3 dystansu.

Największy problem to znalezienie czasu. Ja gdy się budzę, muszę chwilę poleżeć w ciszy, pomyśleć, przekonać siebie, że warto wstać. Dopiero wtedy mogę zacząć dzień. I musi to być miły, slow-life'owy początek - palenie w piecu, niespieszne śniadanko i dobra kawa popijana przy czasopiśmie o fotografii lub podróżach, względnie przy książce lub albumie. Tak przygotowany mogę siadać do pracy, lecz zazwyczaj wtedy już jest po 10 i pracy gromadzi się sporo, a ja wiem, że przed 18 nie skończę, tym bardziej, że wychowywanie potomka i dbanie o żonkę wymaga wielu przerw. I weź tu znajdź czas na bieganie. Po pracy jest już ciemno, to dobre na lato, a ja latem nie będę biegał. Dlaczego? Napiszę kiedy indziej w notce poświęconej mojej slow-life'owej diecie cud. ;)

Ale dziś, wykorzystując fakt, że potomek spędza ferie u dziadków, terminy w pracy są dość luźne, a pejzaż zimowo-słoneczny tak piękny, że wolę pracować wieczorem, urwałem się na te pół godziny. Po 10 minutach chciałem poważnie zrezygnować, żeby wziąć aparat i z nim wrócić na trasę. Miałem problem z oddechem, kolkę od samego startu i w ogóle. Ale pokonawszy opór, przebiegłem swój dystansik we względnym otępieniu i ledwo dysząc, wróciłem do domu. Nogi mnie bolą, kolka jeszcze trzyma, cały się spociłem. Głupi sport. Wolę Formułę 1.

Jutro znów biegnę. Albo pojutrze.

wtorek, 16 stycznia 2018

Bieganie nr 1,5

Wczoraj nie biegałem, bo wicher i breja.
Dziś nadal pizga, ale przecież nie można się poddawać, prawda? Ja nie z cukru. Wstałem jednak późno, więc od razu wziąłem się do pracy i zanim skończyłem, zrobiło się ciemno. A na drodze do Świętnika nie ma latarni ani nawet domów, których okna mogłyby choć trochę oświetlić wertepy.
W myśl powiedzenia, że każda pogoda i pora jest dobra na bieganie, a złe może być tylko wyposażenie, znalazłem jednak rękawiczki, kominiarkę i koszulkę termocośtam, po czym wziąłem latarkę. Zajęło mi to mniej-więcej 20 minut. Przez kolejne pół godziny usiłowałem naprawić latarkę, której zaśniedziały styki. Postanowiłem je wyczyścić. Pobieżne smyranie nożykiem i papierem ściernym nic nie dało. I mimo śrubek i zaczepów wskazujących na możliwość wyjęcia styków, chińskie gówno w końcu się rozpadło.
No to do jutra.

środa, 10 stycznia 2018

Bieganie nr 1

Od dzisiaj przynajmniej przez 3 miesiące będzie to blog o bieganiu. Oczywiście na wsi. Taki ze mnie biegacz, jak i wieśniak - też neo, a nawet bardzo. Ostatni raz biegałem dla treningu fizycznego na wuefie w podstawówce, czyli ponad 20 lat temu. To sobie wyobraźcie, jak to będzie wyglądać.

Rok temu chodziłem z kijkami. Nie do podpierania, tylko do odpychania się. Całkiem niezłą prędkość rozwijałem - nawet ponad 8 km/h. Ale niestety zacząłem brać ze sobą aparat i z nordic łoking robił się nordic zwłoking. Nawet 3 km/h. Tymczasem bieganie z aparatem jest bardziej bez sensu niż NW, a treningi są szybsze, więc krócej się nudzę (sport to najnudniejsza rzecz, jaką znam).

Poszukałem zatem w internecie treningu dla początkujących i najbardziej spodobał mi się ten. Myślałem, żeby zacząć z żonką jeszcze jesienią, ale rozchorowaliśmy się obydwoje, a potem jakoś nie wracała do tematu. Ja też nie, bo chciałem sprawdzić, czy żonka się przyda, na przykład w charakterze zachęcacza, wspieracza lub nawet rozentuzjazmowywacza. Niestety, jedyne, co powiedziała o bieganiu, to że niezdrowe na stawy i że nie mam odpowiednich butów. Więc jej wsparcie w skali od -100 do 100 oceniam na -2. Może się przyłączyć do mnie, jak zechce, i tyle.

No więc dziś wylazłem na dwór jak stałem, żeby przebiec i przejść te 24 minuty (1 minuta biegu, 2 minuty marszu) po drodze na Świętnik (już gdzieś pisałem, że u nas są trzy drogi - a właściwie dwie, z czego tylko ta nadaje się do biegania tak, żeby ludzie nie widzieli). Najpierw, gdy tylko postawiłem pierwszy krok, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Przy drugim z ośmiu powtórzeń - coś wzdłuż kości przy lewej łydce i trochę stopa. Potem dostałem kolki, więc skupiłem się na oddechu. Przy czwartym powtórzeniu musiałem wbiec na górkę. Stoper interwałowy zapiszczał akurat na szczycie, więc zwolniłem, zszedłem ze wzniesienia, zawróciłem i znów musiałem wbiegać pod górkę, w dodatku pod wiatr. Kolki rozeszły się po kościach, bóle poznikały, ale już czułem zakwasy. Tak, 12 minut chodzenia z elementami biegania i już. Biegłem powoli, starając się zwracać uwagę na to, jak stawiam stopy, i choć trochę na kolana.

Gdy wróciłem do domu pełen energii do działania, żonka się ucieszyła, powtarzając powszechnie znaną informację o endorfinach i uznając, że to bieganie to samo dobro dla mnie. Zmieniam więc ocenę z -2 na -1.

PS Nie ma zdjęcia do wpisu. Biegam bez aparatu! Na razie? 

PS 2 Jak się pewnie domyślacie, nie piszę tego dlatego, że ja i Wy interesujemy się bieganiem. Piszę dlatego, że najdalej w poniedziałek, a najlepiej w piątek ma tu być wpis pt. "Bieganie nr 2", a jeśli go nie będzie, to macie drzeć ze mnie łacha. Inaczej znowu przestanę pisać, zainstaluję sobie Endomondo i będę wrzucać na Insta słitfocie spoconych pach i mapki z drogą na Świętnik.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Taka aura

Ani zrobić zdjęć auta na sprzedaż, ani porządnie i szybko wysuszyć wypucowanego wnętrza, ani gałęzi sprzątnąć po radykalnych cięciach jabłoni, orzecha i wierzby, ani preparatu na rany po owych cięciach zastosować. Nic, ino w chałupie siedzieć można - taka pogoda. A tu działać trzeba, bo będzie za późno. No więc działam.
Wczoraj skarała mnie Bozia z kapliczki na rozstajach, że piły spalinowej w niedzielę użyć chciałem. A może to mieszkające we wierzbie bóstewko niezadowolone było, że zabieram się do głowienia, za mało w jęternecie o tym poczytawszy? Tak czy inaczej najpierw złapał mnie grad wielkości dorodnego grochu i świeżo goloną glacę zbombardował. Gdy założyłem będący akurat pod ręką kapelusz pszczelarski, bo do domu po czapkę iść mi się nie chciało, nie zauważyłem zza ronda progu od chlewika i tak przydzwoniłem, że jeszcze dziś czuję, gdy uszami ruszam. To już lepszy był ten grad, tym bardziej, że padał 15 minut, tyle samo czasu, ile wcześniej świeciło słońce, jeszcze wcześniej siekła ulewa, a jeszcze wcześniej śnieg. Gdy już natarłem dłonią łeb, a grad się uspokoił, piła odmówiła współpracy, a kiedy wreszcie udało się ją spacyfikować, ścięty konar spadł akurat w tę stronę, po której najmniej można się było go spodziewać. Na szczęście nie był zbyt ciężki, ale zaliczyłem glebę, kilka siniaków i zadrapań.
Dzisiaj wziąłem się za smarowanie mimo wiatru pędzącego deszczowe chmury, bo jabłoń już w piątek obciosałem (po tygodniu czekania na odpowiednie warunki) i nie bardzo mogę czekać, aż jaśnie szanowna pogoda zdecyduje się ustabilizować. Bozia/bóstewka odpuściły już mi, bo poniedziałek, a instrukcję od preparatu całą dwa razy przeczytałem. Ale nie mam pewności, czy zaraz jakaś nawałnica wszystkiego nie zmyje i nie będę musiał działać od nowa.
W międzyczasie jednak aura obdarzyła nas widokami ekstraordynaryjnymi. W środę wyszedłem o 7 rano odprowadzić dziecko na busa do przedszkola, który zatrzymuje się u bram naszego majątku, i wróciłem ponad godzinę później. Dobrze, że żona wstawszy i stwierdziwszy brak butów, rezolutnie poszła sprawdzić, czy nie zniknął też aparat. Gdy stwierdziła jego brak, wiedziała już, że żaden ciort mnie nie porwał, jeno krajobraz wchłonął. Oto zdobycz, którą przyniosłem z owego polowania:











sobota, 19 września 2015

Noż kurde...

O żeż fuck! Zaglądam po coś tam na Bloggera, a tu "Komentarze do moderacji (27)". A ja myślałem, że nikt nie komentuje! Nie wiem, w którym momencie to się włączyło, ale nie ogarnąłem i dopiero teraz mogłem wszystko przeczytać i zatwierdzić komentarze od ludzi. :) Przepraszam. I bardzo dziękuję za komentarze, uwagi krytyczne, polemiki, za drwiny też. Na obelgi odpowiadam zbiorowo - "ja ciebie też". Mam nadzieję, że zaglądacie na blog.schronisko.art.pl, bo tam czasem pisuję, co pewien czas tracąc nadzieję w sens. Na własnych warunkach, z wiedzą, że nic mi się nagle "samo" nie włączy. Co prawda tam nie da się w ogóle komentować (dlaczego - wyjaśniam w dziale "o grajku i blogu"), ale jest formularz, przez który można do mnie bezproblemowo parę słów wysłać. Zapraszam bardzo serdecznie.

A skoro tu już jestem, to wklejam kilka zdjęć zrobionych od czasu ostatniego wpisu:
Z przedwiosennej wyprawy do lasu

Zagubiony dawny dworek - dziś niszczejący




Moja płaskorzeźba na ścianie w kuchni :)

Leperkaun z garncem złota na poddaszu

Odkryte dopiero niedawno rozlewisko w naszej gminie

Świt


Nasz nowy kot, Gienio




Kasjopeja nad dachem


Zawsze chciałem, żeby moje koty nazywały się
wg klucza np. mitologii skandynawskiej. Dajmy na to:
Freya i Loki. Ale gdy się jest tylko ojcem rodziny, nic nie jest
takie proste. Oto Henio i Gienio. :P

A mówią, że nic nie rośnie podczas suszy... Oto plantacja barszczu sosnowskiego
w sąsiedniej gminie.







Do zobaczenia w Szufladzie Nocnego Grajka!