sobota, 29 czerwca 2013

kosić, nie kosić

Miejsce na ognisko koło stawu
z ławeczkami samoróbkami gotowe.
Trawa mi się podoba. Na dodatek zakwitła koniczyna, z której mogą skorzystać pszczoły. Ale mogę nie znaleźć czasu na koszenie w ciągu kolejnych trzech tygodni i będzie bieda - poprzedni właściciel zasiał superbujną, superkłębiącą się i supermocną odmianę trawy. Chyba jednak przejadę się przynajmniej po największych skupiskach roślinności.

Ograniczam powierzchnię koszonej trawy do minimum. Tak naprawdę to dlatego, że mi się nie chce, ale chciałbym też stworzyć takie przytulne uroczysko ze ścieżkami wśród gąszczu. Zobaczymy. Jeden chyba łopian wyrósł w ciągu miesiąca na wysokość 150 cm, a liście ma formatu A3. I ostowate z wyglądu kwiaty. A na kwiatach pszczółki. :) Sorry, ale o pszczółkach będzie teraz chyba w każdym wpisie.

Tymczasem pada, nic nie można zrobić. Brr. Idę montować lustro w łazience. Różnica wzrostu między mną a małżonką to prawie pół metra. Kompromis i precyzja będą zatem kluczowe.

piątek, 28 czerwca 2013

kupujcie węgiel latem

Aż mi szkoda, że w nowym, wybudowanym przez majstra Franciszka pomieszczeniu w chlewiku powstanie już za dwa miesiące kotłownia i rozpanoszy się tam smród węgla, kładąc brudną łapę na delikatnej, smukłej woni świeżej węzy i w ogóle wosku pszczelego. Na razie mam tam warsztat i skład materiałów i narzędzi pasiecznych. Oby sezon grzewczy rozpoczął się jak najpóźniej.

Kwestia kotłowni przypomniała mi o wielu sprawach, które muszę załatwić już, teraz, w tej chwili. Koszenie i podkaszanie, wymierzenie pomieszczeń pod remont, by można było zamówić materiały, wizyta u lekarza, by zdobyć receptę na nieodzowne w pasiece leki, kupno węgla. Ceny węgla zmieniają się bowiem co kwartał. Od kwietnia do czerwca włącznie są najniższe. Warto mieć to na uwadze, planując roczne wydatki. W październiku tona będzie droższa nawet o 100 zł. A ja zamawiam 3 tony orzecha. Warto zrobić to teraz.

czwartek, 27 czerwca 2013

refleksje przy koszeniu oraz żegnajcie, jaskółki

Hmmmm...

Świat owadów może być nie tylko nad wyraz wredny, ale jest też bardzo różnorodny. Podobnie jak ludzie zresztą. Weźmy taką muchę. Żywi się gównem i byle czym, mnoży się byle gdzie, ukąsić porządnie nie umie, jej jedyna broń to tchórzostwo. Biorąc pod uwagę te ludzkie kryteria, można rzec, że mucha to zwierz podłej proweniencji. Dla porównania pszczoła - wedle tych samych kryteriów owad bodaj najszlachetniejszy - żywi się własnoręcznie (własnożuwnie?) i kunsztownie sporządzonym miodem, mnoży się w schludnych, przemyślnie zaprojektowanych i pachnących komórkach z doskonałego, zdrowego wosku, broni się bohatersko, oddając życie za swoją rodzinę, i wraz z siostrami potrafi powalić na śmierć nawet konia. Na domiar dobrego nawet gdy użądli, jest to zdrowe dla człowieka. O ile nie kojfnie.

A propos potencjalnego kojfania po użądleniu pszczoły, byłem dziś u lekarza po receptę na adrenalinę, której wstrzyknięcie niezbędne jest podczas wstrząsu anafilaktycznego. Jednak nie kupiłem jej, ponieważ przepisanego anapena (gotowej mieszanki w specjalnym aparaciku injekcyjnym do natychmiastowego wstrzyknięcia) nie ma. Jedna z aptek w miasteczku podjęła się zamówienia towaru w cenie... 290 zł. Za jedną dawkę. Dla dziecka. Dla dorosłych nie ma. Dobrze, że jadę znów w Polskę - może gdzieś znajdę ten lek, choć w internecie wyświetlają, że trudno go dostać.

Ale wracając do much, chamskich i smrodliwych jak najpodlejsze gobliny i snotlingi, i pszczół, leśnych elfek owadziego świata. Rozciągając nieco tę typologię na ptaki, trzeba by stwierdzić, że nie lepsza ona od muchy, a nawet gorsza, bo nie tylko dom swój z gówna buduje, ale na dodatek... żywi się pszczołami. I na próżno Zbigniew Nienacki przy pomocy postaci malarza Porwasza w ujmująco piękny sposób sławi owego wdzięcznego ptaszka (tutaj odpowiedni fragment, wystarczy wyszukać na stronie słowo "jaskółka"). Jaskółki albo pszczoły. Gniazdo, które wisi nad oknem naszej sypialni musi zniknąć. Jeszcze nie wiem, kiedy wykurzyć jaskółki z najmniejszą dla nich szkodą, ale żeby wyniosły się od nas. Ale wykurzyć je będę musiał. Choć szkoda. Już nie będzie synek pokazywał małego łebka wystającego z gniazda i krzyczał: "O! Kulcacek!".

środa, 26 czerwca 2013

cisza w ulu...

Dziś na wylotku nie było pszczół. Przyłożyłem ucho do ula, nic nie słychać. Zajrzałem pod daszek - uff, są. Tylne drzwiczki zasklepione - nie otwierałem na siłę. 

Zajrzałem do wylotka - pszczoły tłoczą się w głębi. Jest jedna martwa, inna leży ledwo żywa, porusza z ledwością odnóżami. Uniosłem daszek i styropian pod nim - po ramkach chodzą. Cichutko sobie bzyczą. 

Nie pada, choć pogoda jest słaba i jak na lato trochę chłodno (15 stopni). 

Czy to normalne, że nie latają? Zaniepokoiłem się tą ciszą i nieruchawością. Pszczelarz Muchowski nie odbiera telefonu, więc napisałem na forum - będę podkarmiał, mogą być głodne.

Nie mam, niestety, ani pasującej nadstawki, ani odpowiednio wielkiego wiaderka czy słoika. Wykorzystałem słoiczek po miodzie z mniszka, jedyny, który się ostał - resztę dawno już z dumą rozdałem wraz zawartością. Ma pół litra, lepszy byłby dwa razy większy. Ale cóż - pszczoły mają pyłek, może im wystarczy. Najwyżej jutro dam nowy pokarm.

Wywierciłem w wieczku ok. 30 dziurek wiertłem 2-milimetrowym, doklepałem z drugiej strony młotkiem, by wygładzić powierzchnię (łatwiej będzie czyścić) i gotowe. Jeśli chodzi o pokarm, przyrządzę coś, posługując się tym artykułem

Ech, stres jest. 



A ze złotych myśli Pszczelarza Muchowskiego dzisiaj jedna, wypowiedziana z dezaprobatą na twarzy jako komentarz do dumnej etykietki na słoiku mojego miodu z mniszka. Brzmiała ona: "Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz". Może moje pszczoły odziedziczyły to motto po poprzednim opiekunie, dlatego gdy przytykam ucho do ula, nic nie słychać...

wtorek, 25 czerwca 2013

pierwsze zdjęcia pierwszych pszczół

Człowiek myśli, że wie mniej-więcej wszystko, co trzeba wiedzieć, gdy pojawia się w pasiece pierwsza rodzina. W sumie wydawałoby się to niewiele: 1. co na początek, 2. co o danej porze roku. A tu galimatias taki, że nie wiem, za co złapać. Na dodatek pada. Lepiej nie otwierać ula w taką pogodę.

Pan Przemysław z Irlandii pisze, że chętnie zobaczyłby zdjęcia nowych pszczół. Ja z kolei chętnie bym je zrobił. Ale leje, słabo wyjdą. A zresztą co tam, jakoś się spróbuję podkraść.

...

Udało się. Mimo deszczu trochę pszczół lata w pobliżu ula, przecinając powietrze tam i z powrotem. Mam nadzieję, że to jeszcze nie jest nastrój rojowy. Zadzwoniłem do pszczelarza i dowiedziałem się, że gdy ganiałem się po podwórku z żądlącymi mnie owadami, on wstawił do ula ramkę z czerwiem. Czerw wydziela feromony, które zmuszają pszczoły do pozostania i opieki. Będzie dobrze. Matka chyba też jest, choć istniała obawa, że została u pszczelarza w ulu macierzystym. Ale pszczółki bzyczą sobie cichutko, gdyby nie było matki, wzniosłyby tumult.

No to teraz zdjęcia. Nie najlepsze wyszły, ale cóż - deszcz, naburmuszone misiaczki, niewygoda i pośpiech. Gdy się ociepli zrobię ładniejsze. A jeśli ktoś do nas przyjedzie z dobrym aparatem, będziemy robić sztukę.

Wejście do klatki schodowej. Pszczelarz Muchowski nawtykał w wylotek trawy, żeby zmniejszyć dopływ ciepłego powietrza. Chyba. Wiele jest powodów, dla których przymyka się ul. Gdy słońce wróci, zrobię w tym celu klocek bramę. 
Silnik w ruch, za chwilę odlot.

Musimy się dopiero poznać... Mam nadzieję, że są nierojliwe, łagodne i pracowite. :)


ul Wolności wreszcie zamieszkany!

Wróciłem na majątek z Warszawy około godziny 16 i nie wchodząc nawet do domu, poskładałem, odrutowałem i wtopiłem węzę w nowe ramki. Potem pojechałem po pszczelarza Muchowskiego i moją pierwszą pszczelą rodzinę. Pszczelarz Muchowski przeniósł do skrzynki te pszczoły, które siedziały na ramkach jednego z uli. Mniej-więcej jedna trzecia została w środku. Pytanie, czy wśród przeprowadzonych do mnie robotnic i trutni była również matka. Jeśli nie, trzeba będzie przewieźć ją skądinąd. Jeśli byłaby znakowana, łatwo można by było ją odnaleźć. Ale nie była.

Przewieźliśmy rodzinę w specjalnej skrzynce otulonej kocami. Z wyłączonym radiem, ostrożnie biorąc zakręty, w uniesieniu i z namaszczeniem przemierzyłem 13 kilometrów dzielących obie pasieki, po czym wzięliśmy się za wprowadzanie pszczółek.

Nie było łatwo. Właściwie to nie wiem, jak pszczelarz Muchowski to zrobił. Dostrzegłem tylko, że włożył do ula obsiadłe przez pszczoły ramki, które wziął ze sobą do skrzynki. Owady trzymały się ich, zwisając szerokimi soplami. Pozostałe, chodzące po dnie skrzynki pszczoły po prostu zostały strząśnięte do nowego lokum - ula Wolności.

Nie dostrzegłem tego, bo otumaniony zmęczeniem i jednocześnie rozentuzjazmowany historycznym być może (mam nadzieję) dla mnie wydarzeniem stanąłem przy ulu od strony wylotka. Na dodatek w czarnej koszulce. A pszczoły nie lubią czarnego koloru. Szczególnie pszczoły zdezorientowane i oddzielone od macierzystej rodziny. Gdy się oddaliłem, było już za późno. Trzy wściekłe robotnice goniły mnie do upadłego, aż na podwórko. Straciłem zimną krew i pobiegłem. Dogoniły mnie bez problemu. Dostałem jedno żądło w kolano, drugie w brzuch. I trzecie w szyję.

Wezwanie pogotowia i szaleńcza jazda do szpitala jednocześnie. Żeby zdążyć przed uduszeniem się na śmierć. Tak by było, gdybym był mocno uczulony. Bo nie wiedziałem tego - pierwszy raz w życiu pożądliły mnie pszczoły. Na szczęście reakcją był jedynie ból, nie dość że słaby, to jeszcze stłumiony ekscytacją. Kiedy w dzieciństwie użądliła mnie osa, bolało znacznie mocniej. Ponadto ból po użądleniu miał cierpki posmak czegoś zdrowego. Bo pszczeli jad zdrowy jest bardzo. Nie przez przypadek starsi pszczelarze trzymają się bardzo dobrze i rzadziej chorują. Ogólnie jestem zadowolony. Choć jako nowy opiekun wolałbym zostać przywitany nieco bardziej serdecznie.

Piszę te słowa w pokoju przy komputerze, ale mój umysł jest kilkadziesiąt metrów dalej, za chlewikiem, gdzie kilkadziesiąt tysięcy nowych mieszkańców naszego majątku wśród stłumionego bzyczenia robotnic oddelegowanych do działu klimatyzacji zasypia w nowym domu. Zaraz tam pójdę, przystawić ucho do ula...

sobota, 22 czerwca 2013

przystanek dla bocianów encore

Alem promocję odwalił "Przystankowi dla bocianów"... Kazałem ludziom lajkować fanpejdż na Fejsie (:D :D :D) i szukać filmu, a nawet zwiastuna nie zapodałem, znaczy: trailera nie zalinkowałem. Poprawiam błąd:


Przypominam: filmu szukać można na wspomnianej stronie facebookowej.

Tak w ogóle to chciałem coś innego zaproponować, ale już zapomniałem co. Dobranoc zatem!