Nie był to rok najciekawszy. Zdecydowanie nie pasuje do niego określenie „spektakularny”. Powiem więcej – nie ma o czym opowiadać przy piwie ani na spotkaniach towarzyskich, których coraz mniej. Nie wydarzyło się nic przełomowego, choć od reguły oczywiście jest wyjątek – skończyłem szkołę fotograficzną ze znakomitym wynikiem, a samą obronę i jej okoliczności mogę określić bez wahania jako emocjonującą przygodę. Poza tym bardzo niewiele koncertowania, niezwykle kameralna wystawa objazdowa, którą widziało niewiele osób, w tym bardzo nieliczni znajomi spoza fotograficznej branży, żadnych wielkich podróży w nieznane, żadnych niesamowitych wydarzeń, żadnych zwrotów akcji. Więcej rezygnacji niż zdobywania, więcej odwrotów niż ataków, zamykanie się zamiast otwierania i cisza zamiast hałasu.
A jednak był to rok bardzo udany i pełen miłości. Zupełnie jak najpiękniejszy spośród przebiśniegów, samotny na stoku góry, na którą nikt się nigdy nie wspinał. Rok spod znaku „mniej”. Rok, w którym dość radykalnie postawiłem na jakość, a nie na ilość. Rok wyciszenia, odnalezienia się. Rok gruntownego retuszu, spokojnych porządków, rok zostawiania i rok skupienia. Rok małych, cichych, ważnych sukcesów, które wcześniej nadejść nie mogły, bo tłumił je zgiełk, zbytnia uległość wobec tego, co mi nie pasowało, rok minimalizmu, odkrywania i koncentracji na tym, co dla mnie naprawdę ważne. Rok, w którym świadomie zmniejszyłem swój świat i zostawiłem w nim tylko te elementy, aktywności i relacje, które są dla mnie najcenniejsze i najciekawsze (a w przypadku relacji – dodatkowo wzajemne). Wiele z nich ograniczyłem, czasem do niezbędnego minimum (Thanks for the dance, I'm sorry you're tired). Teraz czuję się przede wszystkim lżej. Spokojnie mogę powiedzieć – był to szczęśliwy rok.
Oczywiście zmiana daty niczego nie zmienia. Nadal jest trochę za dużo, nadal jest za głośno, nadal więc dążę do skupiania się na tym, co dla mnie ważne i co mi potrzebne, ostrożnie podchodząc do nowych rzeczy, ucząc się odmawiać. Poznawanie tego nie jest łatwe, popełniłem kilka błędów, ale bez błędów nie ma nauki.
Tak to już z nami jest – wydaje nam się, że wiemy, co chcemy, że znamy siebie tak dobrze. Gdy jednak lepiej się przyjrzeć – tak wprost i z ogromną otwartością wobec siebie, z bezwarunkową akceptacją wobec tego, co odkryjemy – może się okazać, że z tysięcy spraw, którym dawaliśmy energię, większość jest zbędna i nikomu nie przynosi żadnego pożytku. Nawet jeśli wierzyliśmy, że dla innych właśnie coś robimy. Okazuje się, że wiele rzeczy robimy z rozpędu, „bo tak”. Że wiele przyzwyczajeń, z którymi walczymy, bo nie pasują do naszego obrazu samych siebie, jest nam potrzebnych – zupełnie trywialnie – byśmy mogli w spokoju być sobą. Że wiele spraw, o które zabiegamy, które z mozołem pchamy przed sobą jako dzieło naszego życia, już dawno stało się jałowym ciężarem. Że nie potrzebujemy setek znajomych, bo wystarczą nam najbliżsi i te 3–4 osoby, które możemy nazwać przyjaciółmi. I wreszcie – że gdy już się ze sobą w pewnym stopniu pogodzimy, nawet duma własna do niczego nam nie potrzebna, a to, co o nas myślą inni, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Chyba że istnieje jakiś konkretny cel dostosowania się, a my mamy w sobie trochę cyniczności i wyrachowania. A pewnie mamy. I to też warto zaakceptować. Nie musimy pasować do żadnego obrazka, nawet takiego, jaki sami sobie wymyśliliśmy. A jeśli mimo to chcemy, zawsze możemy obrazek zmienić lub namalować własny, jedyny taki na świecie, choćby miał wydawać się dziwaczny. Dziwaczność to skutek uboczny specyficznych dla danej kultury norm, stereotypów i myślenia na skróty – naprawdę nie ma się czym przejmować i nie warto niczego przed sobą udawać. Czasem dzięki takiemu podejściu możemy dać przestrzeń temu, co w nas najlepsze i najpiękniejsze.
Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu to, o czym piszę, jest mało uniwersalne. Relacje międzyludzkie i różnego rodzaju uwikłania, jakie są udziałem większości z nas, potrafią być bardzo złożone. Ale jeśli mieszka się na odludziu, to może się po pewnym czasie okazać, że te uwikłania to tylko martwe brzemię, które zabraliśmy ze sobą z poprzedniego, miejsko-towarzyskiego życia. I że to też tylko przyzwyczajenie.
Podnoszę się lekki jak piórko, zrzuciwszy pokaźny bagaż złudzeń i skorupę mentalnych nawyków. Bez żadnych warsztatów rozwoju osobistego i tego typu rzeczy. Cisza to nie jest coś, co po prostu jest. Ona działa cały czas i bezustannie zmienia człowieka. Jak woda w leśnym strumieniu. Mija rok i okazuje się, że strumień ma jeszcze więcej miejsca wśród twardego, zdawałoby się, gruntu.
Tego właśnie życzę w nowym roku sobie i wszystkim, którzy cokolwiek z tego wpisu kumają. :)
Nie trać czasu z kimś, kto nie ma go, aby go spędzać z tobą. (Gabriel Garcia Marquez)
Odkąd przeprowadziliśmy się na północ, zrobiło się dziwnie. Relacje z innymi rdzennymi lub przyjezdnymi mieszkańcami były od początku na dystans, a w niektórych przypadkach, choć na początku przebiegały nawet intensywnie i fajnie, w końcu okazywało się, że ludzie mają coraz mniej czasu, aż po kolejnym odwołanym spotkaniu lub "musimy się jakoś zobaczyć" mówiliśmy coś, co stało się już stałym tekstem: "My bardzo chętnie, jak będziecie mieli czas, to dajcie znać". I relacje zanikały, by budzić się tylko przy konkretnych potrzebach.
Zagoniony slołlajf
Można powiedzieć, że tutaj jest trochę jak na Zachodzie - ludzie raczej nie zaglądają sobie do garnków, niezbyt intensywnie plotkują w porównaniu z taką na przykład Małopolską. Ale ma to drugą stronę - nie są zbyt towarzyscy, bardziej cenią sobie własne sprawy niż spotkania.
Ja tymczasem przyzwyczaiłem się wcześniej do bywania w knajpach, grania razem w planszówki, łażenia do kogoś, przyjmowania kogoś u siebie. I stąd często na warmińskiej wsi dręczyło mnie osamotnienie. Radziłem sobie z nim jakoś, ustępowało zupełnie, gdy odwiedzali nas starzy znajomi i rodzina z Polski. Nadal nas odwiedzają, a czasem my ich. I w tych ostatnich sytuacjach przekonujemy się, że przez 10 ostatnich lat zmieniło się sporo również tam, na południu. Że to nie tylko kwestia północnego dystansu - ludzie po prostu nie mają czasu, bo zapieprzają i nie dbają przy tym o jakąkolwiek strategię, która umożliwiłaby im zwolnienie tempa. Tu zresztą, gdzie wieś spokojna i wesoła, gdzie citta slow jedno na drugim, jest tak samo. Właśnie ci najwięksi slołlajfowcy często mają najmniej czasu - są zaganiani po uszy i ledwo zipią, żeby ten slołlajf jak najskuteczniej, najwydajniej i najlepiej uprawiać i sprzedać. A prawdziwe wolne życie? Też jest, ale jest ciche i nietowarzyskie. Ludzie wolni i mający czas chyba robią to, do czego i ja dojrzewam - nie marnują czasu na zbędne relacje. Również na relacje ze mną, jeśli są one im potrzebne. Ludzie wolni nie są samotni nawet sami ze sobą.
Latem chciałem po raz kolejny otworzyć się, odświeżyć kilka starych znajomości, pospotykać się, wykorzystać wspólne zainteresowania czy podobne zamierzenia, by robić coś razem. Ilość odpowiedzi odmownych, odwołanych spotkań i zmian planów była równie wielka, jak moje zaangażowanie. W końcu z zadaniami uporaliśmy się sami, my też nikomu w niczym nie pomogliśmy, na wycieczki nadal jeździmy sami, i już nawet nie zauważamy, gdy przejeżdżamy nieopodal domów znajomych, choć jeszcze parę lat temu nie mogłem uwierzyć, że można być obok i się nie zobaczyć. Już wierzę. Każdy ma mnóstwo spraw, obowiązków i odpowiedzialności, więc nawet przy dobrych chęciach trudno, żeby coś mu nagle nie wypadło. A ja się czuję jak naczynie wypełnione zgniecionymi kartkami z wypisanymi na nich słowami "nie". I te kartki już wypadają i zaczynają walać się wokół. Więcej nie wejdzie. Nie mówiąc już o tym, że konkretnych inicjatyw towarzyskich wychodzących do mnie, a nie ode mnie prawie brak.
Po co nam znajomi?
Zastanawiałem się, czy naprawdę do szczęścia potrzebne jest coś takiego, jak znajomi, którzy na nic nigdy nie mają czasu. Żeby mieć iluzję, że nie jesteśmy samotni? A może to w ogóle jest tak, że ludzie, z którymi chcemy przebywać, wcale z nami przebywać nie chcą i vice versa - nam wcale nie spieszno do tych, którzy chcieliby mieć więcej kontaktu z nami? Nawet jeśli nie chcą - i nie chcemy - przyznać się do tego sami przed sobą, choćby z poczucia, że mogłoby to zdewaluować jakąś osobę czy jakoś nadszarpnąć nasz do niej dystansowy, ale przecież jednak szacunek i sympatię?
Rozmawiałem trochę o tej samotności i unikaniu ludzi ze znajomym, który stara się unikać zbiorowisk i nie znajduje przyjemności w różnego rodzaju towarzystwach. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, że przytoczę tu fragment jego wypowiedzi z naszej korespondencji, bo we mnie rozpoczął on coś ważnego, czym się za chwilę podzielę. Napisał on zatem:
W jakimś tam stopniu ciągle jesteśmy i będziemy samotni, chociażby w wymiarze zrozumienia. Jesteśmy takimi izolowanymi światami, każdy w sobie musi wszystko rozstrzygać - tu samotności jest niejako aksjomatyczna. A jednak poprzez innych ludzi widzimy więcej. Musimy się komunikować, bo inaczej dryfujemy w sobie, nie mamy punktów odniesienia. A te są ważne, bo nie wzięliśmy się z tym swoim w sobie światkiem znikąd. Wzięliśmy się z innych ludzi, jesteśmy na czułkach ewolucji. W innych ludziach możemy się przejrzeć jak w lustrze.
To w sumie dało mi odpowiedź na zadawane sobie pytanie. I przypomniało mi o tej podstawowej samotności, o której kiedyś przecież nawet pisywałem piosenki. Dzięki tym słowom zatrzymałem się i zawróciłem. Przestałem zagłuszać samotność i uciekać od niej. Spojrzałem jej w twarz i pogodziłem się z nią. Kiedyś dobrze nam było razem, ale gdzieś po drodze się zgubiliśmy.
Co do drugiej części wypowiedzi - tej o konieczności komunikowania się: ilu ludzi tak naprawdę potrzebujemy, żeby się w nich przeglądać? 500? 100? 50? Ja bym chciał sprawdzić, czy wystarczy moja własna rodzina. Kochani ludzie, dla których czasem brakuje uwagi, myśli, gestu. Myślę, że wystarczy, skoro już zaczynam się godzić z tą przyrodzoną samotnością. Koniec z wyciąganiem innych na weekendowe wyprawy, kawy, obiady, przechadzki itd., koniec dzwonienia i pisania, a potem znowu odpowiadania na następne wiadomości, że jednak nie uda się, może kiedy indziej. Zamiast tego lepiej zaplanować jeszcze jeden przystanek na rodzinnej wycieczce lub dłużej cieszyć się obecnością najbliższych. I my będziemy mieli lepszy dzień, i innym nie będziemy przeszkadzać w ich jakże zajętych lub zmęczonych dniach.
Ubóstwo czasowe
Nie wybieramy sobie czasów, w jakich żyjemy. Polska należy do krajów, gdzie ludzie są zabiegani, wykończeni i wymęczeni, w dodatku uważa się to tutaj często (choć chyba coraz rzadziej) za cnotę i bohaterstwo. Jest to jakiś sposób psychicznego radzenia sobie z problemem, choć istnieją inne, na przykład taka organizacja czasu, by nie być wykończonym.
Wiadomo - są różne skrajne i wyjątkowe sytuacje życiowe lub momenty, jak chwilowy nawał spraw, chore dziecko, a bywa, że i konieczność przetrwania. Ale zjawisko ubóstwa czasowego czy czasobiedy nie występuje wyjątkowo, tylko powszechnie, i jest skrajne wyłącznie w swoim absurdzie. Nie wynika zazwyczaj z tragicznej sytuacji (choć i tak bywa, szczególnie gdy nikt wokół nie ma czasu pomóc), tylko z tego, że ludzie muszą mieć dużo, więcej i jeszcze więcej, ile tylko się zmieści. Gdy ktoś łapie 10 srok za ogon, zawsze mu któraś ucieknie. Ubóstwo czasowe rzadko stanowi skutek trudnych warunków życiowych. Przeważnie jest konsekwencją zwykłego braku umiaru.
Jeśli nawet sami zadbamy o to, by mieć czas zarówno na pracę, jak i dla innych, i tak nie ma go z kim spędzić. Pozostaje zatem też nie mieć czasu na spotkania towarzyskie. Lepiej przeorganizować go i przeznaczyć wolne od pracy wieczory na własne sprawy, pasje i odpoczynek. A energię i uważność zachować dla domowników. I dla tych paru przyjaciół, których najczęściej znamy od bardzo dawna i pozostają nimi, nawet gdy nie widzimy się latami. A gdy przyjdzie co do czego, zawsze jakoś znajdą dla nas czas, tak jak i my dla nich.
Na koniec dwie piosenki - jedna po angielsku, druga po polsku. Obie bardzo na temat.
Przez suche i gorące lato jabłka nie urosły za bardzo. Za to obrodziły nad podziw. Dziś zebrałem skrzynkę koszteli ze starego, pięknego drzewa pośrodku naszego sadu. Małe, zielone, słodziutkie owoce. Nie proponowałem nikomu, żeby przyjechał i pozbierał je, ale niesłusznie - na drzewie jest tyle jabłek, że starczy dla wielu, nie tylko dla nas.
Trzeba tylko je pozbierać.
Musi się chcieć.
Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekam ze zbieraniem. Na pewno po części dlatego, że co sezon wiele jabłek gnije nam w piwnicy, nie jesteśmy wielkimi miłośnikami, pijemy niewiele soku jabłkowego, nie robimy cydrów, szarlotek, przetworów itd. Ale pewnie też dlatego, że pamiętam zrywanie jabłek z dzieciństwa. Jako młody chłopak pomagałem rodzicom w pracach dorywczych w sadzie. Ciężko to znosiłem. Może dlatego, że byłem jeszcze zbyt młody na kilkugodzinną, monotonną pracę, a może po prostu urodziłem się niereformowalnym leniem. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a przecież moi rodzice to ludzie pracowici jak mało kto, przynajmniej na tyle, na ile mogli to w życiu sprawdzić. Ja lubię sobie tłumaczyć, że pochwalam minimalizm - w otoczeniu, w kontaktach z ludźmi, w posiadaniu, a także w zarabianiu i pracowaniu. Dużo lubię tylko tworzyć. I mieć czasu.
W każdym razie jabłek mamy masę, a wkrótce również znajomi, których spotkamy, nie będą narzekać. To, czego nie wyzbieramy, wyląduje na ziemi, a potem pod kosiarką. Szkoda pysznych, niepryskanych, naturalnych jabłuszek, więc w międzyczasie sam zbieram. Nieważne lenistwo, traumy z dzieciństwa i rozmyślania nad bezsensownością zbierania jabłek w sadzie, który zbiegiem okoliczności tylko przypadł nam w udziale.
Przez 40 minut lało w naszej wiosce tak, że najstarsi mieszkańcy nie pamiętają. Nie dlatego, że nie było gorszych nawałnic, tylko... no cóż, u mnie też latka lecą i pamięć już nie taka, jak dawniej.
Tak czy inaczej, gdy było po wszystkim, trawa w naszym sadzie roiła się od niedojrzałych jabłek i prawie już dojrzałych śliwek. Nawet kilka gruszek z młodziutkiego drzewka, com je parę lat temu zasadził, walało się wokół wątłego pnia.
Z tej okazji chciałbym się z Wami podzielić sposobem na szybkie uprzątanie takiego bałaganu. Podstawa to wiadomo - zgrabić na kupki, wrzucić na taczkę i jazda na kompostownik. Przy takiej pracy najwolniej idzie właśnie zbieranie. I tu wkracza tytułowa szufla od śniegu!
Przysuwamy szuflę do zgrabionej kupki owoców, a drugi jej koniec opieramy o podołek swój. Bierzemy grabie i zgarniamy cholerstwo na szuflę. A potem - na taczkę. W ten sposób w ciągu 15 minut wywiozłem na kompostownik 5 taczek.
I tyle.
Rzadko się odzywam, wiem. Ale coraz częściej myślę o tym blogu i chyba zacznę odzywać się raz na jakiś bardziej regularny czas. Wkrótce napiszę, co tam ogólnie słychać.
No i co? Nie było wpisu, nie ma też heheszków. No trudno. Zapuściłem bloga okrutnie, nic dziwnego, że prawie nikt nie czyta ostatnich wpisów i nikt ich nie komentuje.
Odkąd ostatnio się widzieliśmy, pobiegałem raz, a właściwie pół raza, bo próbowałem z psem. Niestety pies nie jest do końca psem, bo to mops. I bieganie "nudzi mu się" po jednym kilometrze, czyli mniej więcej w 1/4 czy 1/3 dystansu.
Największy problem to znalezienie czasu. Ja gdy się budzę, muszę chwilę poleżeć w ciszy, pomyśleć, przekonać siebie, że warto wstać. Dopiero wtedy mogę zacząć dzień. I musi to być miły, slow-life'owy początek - palenie w piecu, niespieszne śniadanko i dobra kawa popijana przy czasopiśmie o fotografii lub podróżach, względnie przy książce lub albumie. Tak przygotowany mogę siadać do pracy, lecz zazwyczaj wtedy już jest po 10 i pracy gromadzi się sporo, a ja wiem, że przed 18 nie skończę, tym bardziej, że wychowywanie potomka i dbanie o żonkę wymaga wielu przerw. I weź tu znajdź czas na bieganie. Po pracy jest już ciemno, to dobre na lato, a ja latem nie będę biegał. Dlaczego? Napiszę kiedy indziej w notce poświęconej mojej slow-life'owej diecie cud. ;)
Ale dziś, wykorzystując fakt, że potomek spędza ferie u dziadków, terminy w pracy są dość luźne, a pejzaż zimowo-słoneczny tak piękny, że wolę pracować wieczorem, urwałem się na te pół godziny. Po 10 minutach chciałem poważnie zrezygnować, żeby wziąć aparat i z nim wrócić na trasę. Miałem problem z oddechem, kolkę od samego startu i w ogóle. Ale pokonawszy opór, przebiegłem swój dystansik we względnym otępieniu i ledwo dysząc, wróciłem do domu. Nogi mnie bolą, kolka jeszcze trzyma, cały się spociłem. Głupi sport. Wolę Formułę 1.
Wczoraj nie biegałem, bo wicher i breja.
Dziś nadal pizga, ale przecież nie można się poddawać, prawda? Ja nie z cukru. Wstałem jednak późno, więc od razu wziąłem się do pracy i zanim skończyłem, zrobiło się ciemno. A na drodze do Świętnika nie ma latarni ani nawet domów, których okna mogłyby choć trochę oświetlić wertepy.
W myśl powiedzenia, że każda pogoda i pora jest dobra na bieganie, a złe może być tylko wyposażenie, znalazłem jednak rękawiczki, kominiarkę i koszulkę termocośtam, po czym wziąłem latarkę. Zajęło mi to mniej-więcej 20 minut. Przez kolejne pół godziny usiłowałem naprawić latarkę, której zaśniedziały styki. Postanowiłem je wyczyścić. Pobieżne smyranie nożykiem i papierem ściernym nic nie dało. I mimo śrubek i zaczepów wskazujących na możliwość wyjęcia styków, chińskie gówno w końcu się rozpadło.
No to do jutra.
Od dzisiaj przynajmniej przez 3 miesiące będzie to blog o bieganiu. Oczywiście na wsi. Taki ze mnie biegacz, jak i wieśniak - też neo, a nawet bardzo. Ostatni raz biegałem dla treningu fizycznego na wuefie w podstawówce, czyli ponad 20 lat temu. To sobie wyobraźcie, jak to będzie wyglądać.
Rok temu chodziłem z kijkami. Nie do podpierania, tylko do odpychania się. Całkiem niezłą prędkość rozwijałem - nawet ponad 8 km/h. Ale niestety zacząłem brać ze sobą aparat i z nordic łoking robił się nordic zwłoking. Nawet 3 km/h. Tymczasem bieganie z aparatem jest bardziej bez sensu niż NW, a treningi są szybsze, więc krócej się nudzę (sport to najnudniejsza rzecz, jaką znam).
Poszukałem zatem w internecie treningu dla początkujących i najbardziej spodobał mi się ten. Myślałem, żeby zacząć z żonką jeszcze jesienią, ale rozchorowaliśmy się obydwoje, a potem jakoś nie wracała do tematu. Ja też nie, bo chciałem sprawdzić, czy żonka się przyda, na przykład w charakterze zachęcacza, wspieracza lub nawet rozentuzjazmowywacza. Niestety, jedyne, co powiedziała o bieganiu, to że niezdrowe na stawy i że nie mam odpowiednich butów. Więc jej wsparcie w skali od -100 do 100 oceniam na -2. Może się przyłączyć do mnie, jak zechce, i tyle.
No więc dziś wylazłem na dwór jak stałem, żeby przebiec i przejść te 24 minuty (1 minuta biegu, 2 minuty marszu) po drodze na Świętnik (już gdzieś pisałem, że u nas są trzy drogi - a właściwie dwie, z czego tylko ta nadaje się do biegania tak, żeby ludzie nie widzieli). Najpierw, gdy tylko postawiłem pierwszy krok, zaczęło mnie boleć prawe kolano. Przy drugim z ośmiu powtórzeń - coś wzdłuż kości przy lewej łydce i trochę stopa. Potem dostałem kolki, więc skupiłem się na oddechu. Przy czwartym powtórzeniu musiałem wbiec na górkę. Stoper interwałowy zapiszczał akurat na szczycie, więc zwolniłem, zszedłem ze wzniesienia, zawróciłem i znów musiałem wbiegać pod górkę, w dodatku pod wiatr. Kolki rozeszły się po kościach, bóle poznikały, ale już czułem zakwasy. Tak, 12 minut chodzenia z elementami biegania i już. Biegłem powoli, starając się zwracać uwagę na to, jak stawiam stopy, i choć trochę na kolana.
Gdy wróciłem do domu pełen energii do działania, żonka się ucieszyła, powtarzając powszechnie znaną informację o endorfinach i uznając, że to bieganie to samo dobro dla mnie. Zmieniam więc ocenę z -2 na -1.
PS Nie ma zdjęcia do wpisu. Biegam bez aparatu! Na razie?
PS 2 Jak się pewnie domyślacie, nie piszę tego dlatego, że ja i Wy interesujemy się bieganiem. Piszę dlatego, że najdalej w poniedziałek, a najlepiej w piątek ma tu być wpis pt. "Bieganie nr 2", a jeśli go nie będzie, to macie drzeć ze mnie łacha. Inaczej znowu przestanę pisać, zainstaluję sobie Endomondo i będę wrzucać na Insta słitfocie spoconych pach i mapki z drogą na Świętnik.