czwartek, 16 października 2014

Proste jest piękne

Pieczeniu pierwszego chleba pszennego towarzyszył armagedon - zaczyn był wszędzie - na blacie, na podłodze w kuchni, w przedpokoju i w sypialni, dokąd poszedłem z miską w uwalanych rękach i torbą mąki w zębach, by żonka dosypała jej trochę do ciasta, w zlewie, koło zlewu, na kranie. Zbyt długo dałem też ciastu rosnąć, a dodałem odrobinę drożdży, bo zakwas był jeszcze młodziutki. Ciasto wylało się więc na krzesełkową poduszkę, na której stało przy kaloryferze, i znowu na podłogę.

Efekt końcowy przerósł za to moje najśmielsze oczekiwania - chleb okazał się po prostu przepyszny! A to przecież tylko mąka, woda, troszkę drożdży i soli. Przemysł spożywczy wraz ze swymi polepszaczami, emulgatorami i aromatami identycznymi z naturalnymi sprawił, że zapomnieliśmy o tym, jak dobre jest zwykłe, proste, naturalne jedzenie - niepryskane jabłko z sadu, domowy chleb, groszek z ogródka. Może tak samo jest też z życiem? Wprowadzamy doń tyle elementów ulepszających, mających uczynić je przyjemniejszym, szybszym, bardziej efektywnym... Czy tym samym nie psuje się jednak smak? Kto pamięta smak prostego życia bez internetów, telewizorów, ładowarek, warsztatów samochodowych i kreatorów instalacji?

czwartek, 9 października 2014

Jak legalnie palić trawę

Czuję się normalnie jak strażak Sam. Sam sobie winien. Jarać trawę w podkoszulce, myśleć, że po podpaleniu stogu spłonie tylko stóg... Szkoda słów. Ale błędy są po to, by się na nich uczyć i jeszcze przekazać trochę świeżo nabytej wiedzy innym. (Acha, nie, tu nie chodzi o blanty - te póki co są nielegalne i tyle).

Przed paleniem krajobraz był ładniejszy.
Odwrotnie niż to bywa w przypadku trawy nielegalnej. ;)
Co zrobić, gdy po skoszeniu łąki pozostaje na niej masa całorocznej trawy, a nie można liczyć na odpłatną i nieodpłatną pomoc okolicznych rolników? Jeśli trawy nikt nie chce wziąć, trzeba ją spalić. Oczywiście należy to zrobić bezpiecznie i nie łamiąc przepisów. Jak? Jako ognisko. W moim przypadku dokładnie 8 ognisk.

Przede wszystkim dzień musi być bezwietrzny lub prawie bezwietrzny, inaczej ogień może być nie do opanowania. Zadziwiające i trochę przerażające jest to, jak od jednej rzuconej w stóg zapałki w kilkanaście sekund powstaje trzymetrowy płomień. Należy też pamiętać, że ze względu na temperaturę do takiego ognia nie zbliżymy się nawet na kilka metrów, póki się nie wypali. Warto zatem zadbać o odpowiednie zabezpieczenie terenu. I o zabezpieczenie siebie - podkoszulka nie uchroni nas przed temperaturą w razie konieczności zduszenia jakiegoś płomyka blisko głównego ognia. Warto założyć na siebie coś grubego i oczywiście niepalnego.

Przede wszystkim  wokół stogu nie powinno być suchej trawy - należy ją zgrabić, żeby nie zajęła się ogniem. Poza tym jeżeli mamy podłączony do kranu wąż, który sięga do stogów, właściwie mamy problem z głowy. Stoimy sobie i w razie czego polewamy, gdzie trzeba. Ale ja nie miałem tak łatwo. Miałem wiadro wody i widły. Widłami można dusić mniejsze płomyki rozpełzające się po ziemi i niszczące teren, który powinien pozostać nienaruszony. Ale uwaga - trudno jest podejść i zgasić płomyk od tej strony, w którą wieje nawet lekki wiatr - uniemożliwia to gorąco bijące od płonącego stogu i gęsty dym. Kolega Paweł, były strażak, poleca obsypać wcześniej każdy stóg ziemią - małe języki ognia nie powinny się przedostać. Jeśli mamy dużo folii i zbliża się ulewa, możemy przykryć stogi, a palenie rozpocząć, gdy deszcz ustanie - teren wokół będzie mokry i trudniej mu będzie się zająć. Jednak przy takim wielkim płomieniu, jaki bije ze stogu, woda szybko paruje i to, co było mokre od deszczu, szybko może stać się suche i łatwopalne. Ziemia wydaje się najlepszym pomysłem.

Trzeba też się upewnić, czy w odległości mniejszej niż ok. 10 m od stogu nie ma zabudowań, drzew, chaszczy itp. obiektów mogących łatwo złapać ogień. Płomienie rozchodzą się dość szybko, szczególnie w kierunku wiatru. A ten może nagle zmienić kierunek. Wystarczy jeden podmuch z innej strony, a żywioł rozprzestrzeni się tam, gdzie się tego nie spodziewamy. Lepiej przenieść siano gdzieś indziej.

Stóg warto nieco rozgrzebać przed podpaleniem, żeby siano nie dusiło się w środku, bo zrobi się wielka, czarna, rozżarzona buła. Taką bułę można rozgrzebać też później, gdy płomienie się dotlą - powinna się wówczas rozpalić od własnego żaru.

Po całej akcji zostają na łące wypalone placki, na których najchętniej wyrastają osty. Dlatego warto jednak oddać trawę komuś, jeśli jest taka możliwość.

wtorek, 7 października 2014

Narobiłem kwasu!

W międzyczasie jeszcze jeździmy po Warmii.
Zawsze staram się zabłądzić.
Czas kręci się niewiarygodnie. Rolnicy narzekają na brak opadów, ale pomijając suchość, taka pogoda jak w tym roku mogłaby być zawsze. Krótka zima, piękna wiosna, ciepłe lato, złota jesień - najpiękniejsza pora roku na Warmii. 

A co ja robię, kiedy nie piszę bloga? (Ostatnio nie piszę, jak zresztą widać). Ano, pracuję, nagrywam z zespołem piosenki na mikrofon i kamerę, montuję i obrabiam powstały materiał, gram, śpiewam, piszę felietony do nowopowstałego lokalnego czasopisma (tutaj można zapoznać się z treścią pierwszego numeru i miedzy innymi moim tekstem), piszę prozę, czytam odnalezione w gminnej bibliotece "Dzieci Jerominów" Wiecherta, których nikt nie pożyczał od - o ile dobrze pamiętam - 1995 r., załatwiam koncerty, walczę z uzależnieniem od Candy Crush Sagi, a gdy już jestem wieczorem zmęczony tym wszystkim, gram w długo wyczekiwane gry, których premiery przypadają akurat na tę jesień. Są wśród nich produkcje, nad którymi ślęczałem całymi dniami jako członek ekipy lokalizacyjnej - część tekstów przechodziła przez mój warsztat redakcyjno-korektorski, ale mimo że znam fabułę, gra się znakomicie. Wystarczy powodów, przez które trudno czasem znaleźć czas lub siłę na kolejny wpis? Chciałbym coś skrobnąć raz na dwa dni, ale nie wychodzi.

Siedzę nad kuflem mojego pierwszego kwasu chlebowego. Oczywiście na bazie chleba na zakwasie własnego wypieku. Myślałem, że produkcja tego napoju jest trudniejsza, a tu proszę - przepisy, które łatwo znaleźć w sieci są proste, a rezultaty... cóż, chyba niewystarczająco dokładnie wycisnąłem chleb i kwas wyszedł trochę wodnisto-drożdżowy. Ale orzeźwia lepiej niż cokolwiek! Druga partia wyjdzie znacznie lepsza.

Okazało się, że Majster Franciszek, który remontuje wciąż naszą łazienkę (będzie piękna!), też lubi kwas chlebowy. Całe szczęście - pomoże mi skonsumować pierwszą średnio udaną partię. 

środa, 17 września 2014

Rower, kosa i kajak, czyli trening fizyczny neowieśniaka

Żonka chodzi się kąpać do sąsiadki, a ja zawsze wolałem robić to w domu, bez noszenia ręczników, klapek, uważania na to, by nie pochlapać komuś łazienki, bez zostawiania mydelniczki lub szamponu - a zawsze zostawiam - i całego tego bałaganu. Na szczęście wrzesień mamy ciepły, a dziedziniec (mam na myśli wydeptaną, błotnistą przestrzeń pod zadaszeniem przy domu) odizolowany od wzroku przypadkowych świadków. Wiadro wody, mydlenie i drugie wiadro wody załatwiają sprawę. Przypomina to trochę podwójny Ice Bucket Challenge i tak samo, choć w znacznie mniejszej skali i bardziej wprost, korzystnie wpływa na oszczędzanie zasobów wodnych na świecie.

W międzyczasie postanowiłem regularnie jeździć na rowerze, póki pogoda sprawia, że to sama przyjemność. Gdy już człowiek ruszy tyłek i zacznie pedałować, bo wybrać mi się ciężko. Ale poza zdrowiem i krzepą tyle wokół okazji do zrobienia ciekawego zdjęcia, że jakoś udaje mi się zmobilizować. Ale nie dzisiaj. Może jutro...?

Tymczasem przez trzy dni zamiast roweru miałem okazję poćwiczyć z kosą, bo ktoś musiał w końcu skosić naszą łąkę kwietną. Rolnikowi z traktorem zajęłoby to godzinę, mnie zeszło łącznie osiem i jeszcze musiałem wynająć młodego sąsiada, żeby mi pomógł, gdy kręgosłup nie dawał rady. Ale cóż - nikt nie znalazł czasu, żeby zajechać maszyną na nasze włości. Cóż - łaski bez - poradziliśmy sobie sami. Gdyby ktoś z cichych, lokalnych czytelników, potrzebował skoszonej trawy, jest zagrabiona i można brać, zapraszamy!

Sam też przestałem się angażować. Mamy tu kilkoro dobrych znajomych, z którymi się spotykamy i coś tam od czasu do czasu uskuteczniamy, ale żebyśmy czuli wspólnotę z całą wioską, musi być jakaś wymiana. A widocznie mam do dania co innego, niż społeczność tutejsza potrzebuje, ja zaś potrzebuję czegoś innego niż mogę otrzymać. Na szczęście ani okolica, ani towarzystwo, ani różnego rodzaju akcje nie kończą się na naszej wiosce. Warmia to bardzo kolorowe miejsce, jest tu co robić i gdzie bywać.

Ot, chociażby akcja z darmowym kajakowaniem po jeziorze Blanki, po której można było zwiedzić stary młyn, a na koniec wziąć udział w konkursie rzutu gumofilcem. We wsi Potryty, gdzie to wszystko się działo, spotkaliśmy kilkoro znajomych. Znów poczułem, że tych parę zagubionych wśród wzgórz i lasów wsi to nie tyle jak jedno miasto, ale jak jedno osiedle. Gdzie się nie zjawisz, tam znajome, życzliwe twarze. Mam nadzieję, że do przyszłego roku tak się wytrenuję rowerowo, że będę mógł objechać w ciągu jednego weekendu wszystkie sadyby, które czasem odwiedzamy. Jutro muszę koniecznie znów wytoczyć rower zza kupy węgla w chlewiku. Albo pojutrze.

środa, 10 września 2014

O wszystkim po trochu

Dzięki jak zwykle kolorowym odwiedzinom u wonnowzgórzan do bąbelkujących sobie wesoło Stefana i Konstantego dołączył kolejny słoik, a w nim - zakwas Natalia. W porównaniu z nim tamte dwa to niemowlaczki, albowiem zakwas Natalia ma już ponoć około pięciu lat. Pachnie też dostojniej. Niedługo pierwszy chleb, ale nie wiem jeszcze, czy jutro uda mi się rozłożyć warsztat, bo wraca do nas Majster Franciszek na kolejny, ostatni już wewnątrz chałupy remont. Rozpirzamy łazienkę.

Będą piękne, ceglaste płytki podłogowe, co wyglądają jak stara podłoga w zamku, glazura przypominająca piecowe, białe kafle, ceglana ściana (mam nadzieję, że uda się ją zachować po zrzuceniu tynku) również pociągnięta białą farbą, wielkie lustro na całą ścianę przeciwległą, wanno-prysznic i puszący się już dumnie w moim pokoju stylowy sedes z górnopłukiem. Ceramiczna, włoska spłuczka, wznosić się będzie dostojnie ponad głową, racząc pociągającego za piękny łańcuszek z białą gałką użytkownika silną, zdrową kaskadą. Następnie zaś napełniając się niespiesznie jak fajka starszego pana patrzącego przez okno na alpejskie szczyty, będzie szumieć zmysłowo i tajemniczo. 

Ale najpierw nastąpi taka rozpierducha, że strach będzie trzymać jedzenie na wierzchu w sąsiedniej kuchni. Bo rozkuć i rozwalić trzeba wszystko. Żonka nie chce nawet suszyć grzybów, które ostatnio z zapałem zbiera z sąsiadką. Dziś dołączyłem do leśnej wyprawy. Dwa-trzy kilometry od nas mamy tak piękny las, jakiego dawno już nie widziałem. Nie zbierałem grzybów, ale wziąłem aparat. Zamieszczam tylko kilka zdjęć, żeby starczyło na kolejne wpisy.








czwartek, 4 września 2014

Kto mi przeprogramuje potomka?

Chyba muszę zhackować własne dziecko. Jego nieprzyjazny algorytm pobudki działa zbyt precyzyjnie i regularnie. Na razie tylko rozgryzłem sposób działania. Kiedy kładę się spać o północy, potomek wstaje rano o ósmej. Gdy położę się o pierwszej, wstaje o siódmej. Najbardziej lubię kończyć dzień o drugiej w nocy, niestety wówczas skurczybyk wstaje niezmiennie o szóstej, a cztery godziny snu to już trochę za mało. Wczoraj w związku ze zbyt późnym rozpoczęciem pieczenia chlebów miałem okazję przetestować algorytm dokładniej i położyłem się o trzeciej. I zgadnijcie co? Przyleciał do mnie o 5 rano z zasikanymi portkami.

Bułeczki też były dobre, ale - ze względu na formę - niepraktyczne.
Cóż, musiałem je zjeść od razu...
Ale miałem o chlebie. Jeśli idzie o wymienione ostatnio bułeczki i chleb, poszło dobrze. Wykorzystałem ten przepis, zmieniając tylko mąkę pszenną 550 na 650, bo taką sprzedają w miasteczku. Trochę przesoliłem - łyżka soli okazała się zbyt czubata. Ale i tak zjedliśmy go ze smakiem.

Jak już wspomniałem, wczoraj upiekłem dwa kolejne bochenki według tego samego przepisu, ale w podwójnej porcji składników znalazł się zakwas Konstanty, do którego dodałem trochę Stefana (Konstantego zostawiłem nieco w słoiku, żeby sobie dalej rósł). Tym razem posoliłem bardzo oszczędnie i żonka narzeka, że za mało. Ja nie narzekam - smakują cudownie i krystalicznie czysto, jak źródlana woda w postaci stałej. To mój pierwszy wypiek tak udany, że sam jestem z niego zadowolony.

wtorek, 2 września 2014

Zwiastun nowego

W domu pojawił się zwiastun Nowego. Nowe wtargnie do domu z wielkim hałasem, zmieni czasowo nasze życie w koczowanie, a następnie sprawi, że w naszym domu pod względem przestrzennym zapanuje niebywała dotychczas harmonia.

Zwiastun Nowego przybył cichaczem, po krótkiej i zdawkowej zapowiedzi telefonicznej. Nawet nie zauważyłem go przez okno, gdy znalazł się na terenie majątku wraz z kurierem. Stoi sobie teraz dyskretnie w kącie mojego gabinetu i ma przepiękny łańcuszek...