wtorek, 24 lutego 2015

Gdyby ktoś mnie szukał...

Wyemigrowałem z powrotem na swojego starego bloga, gdzie pod mianem nocnego grajka przez lata przy pomocy klawiatury zmagałem się, godziłem, zachwycałem i negowałem siebie i świat. Zapraszam: blog.schronisko.art.pl.


wtorek, 27 stycznia 2015

Kraina, z Której Odchodzą Ludzie

Nad Krainą, z Której Odchodzą Ludzie zaszło słońce. Czczone niegdyś przez wędrowne ludy, wzywane miłośnie w ostatnich chwilach przez ginących pod krzyżackim mieczem gospodarzy tej ziemi, z satysfakcją witane przez niemieckich, a potem radzieckich strategów, przeklinane przez tych, którym wojna zabrała najbliższych.
Pozbawione blasku niebo wznosi nad nami srogie i niewzruszone oblicze. Nieodmiennie, wciąż od nowa szuka wielkiej puszczy, rozległych jezior, tysiącletnich dębów, bóstw i demonów. Na próżno oczekuje zwróconych doń twarzy i rąk pełnych czci, pełnych radości, pełnych miłości. Święte gaje spalili budowniczy kościołów. Kościoły zburzyli głosiciele nowego porządku. Te, które ostały, świecą pustkami. W codziennym gwarze próżno szukać śladu słów, którymi wieki temu rozbrzmiewały domostwa Bartów i Warmów, Natangów i Galindów, a potem Warmiaków i Mazurów. Ci, których nie wygnali Niemcy za to, że byli Polakami, wygnali później Polacy za to, że byli Niemcami. Zostaliśmy my - kolejni przybysze. Chroniący się przed wzrokiem nieba w blaszanych autach i pod izolowanymi dachami. Nie pojmujący milczenia jezior, nieba i ziemi nasyconej krwią tylu ludów i tylu plemion. Obcy. Głusi na dochodzący głęboko spod ziemi odwieczny, starszy niż najstarsze bóstwa pomruk - pieśń tego, który mieszkał niegdyś w najstarszych drzewach.
Niebo nasłuchuje. Gdy ślepe i głuche ludziki chowają się w swoich sypialniach, by śnić, pieśń porusza przestrzeń. Niebo otwiera swoje wielkie oko i spogląda na krainę. Krainę, z Której Odchodzą Ludzie.

czwartek, 15 stycznia 2015

Czarny Kierz czyli... Podglinkowo!

Nareszcie znalazłem jakieś informacje na temat mojej wioski i tego, co tu się znajdowało, zanim powstała. Jaram się!!!

Otóż prawdopodobnie na tych terenach wydobywali glinę Prusowie (najpewniej z plemienia Bartów), a na pewno znajdował się tutaj lauks o nazwie Palayzen, Palais lub Palāisai czy coś podobnie brzmiącego. Nazwa pochodzi ze słów "pod" i "glinka" z języka pruskiego. Po podboju Barcji przez Krzyżaków znajdowało się tu 7 pruskich gospodarstw. W połowie XIV w, Krzyżacy stworzyli na terenie lauksu liczącą 40 łanów (czyli sporą) wieś Blumenow na prawie chełmińskim. Mieszkali w niej zarówno nowoprzybyli Niemcy, jak i Prusowie. Z czasem nazwa wsi przybrała brzmienie Blumenau, natomiast po II Wojnie Światowej nazwano ją nie wiedzieć czemu Czarny Kierz.

Nazwy widnieją w pracy Georga Gerullisa, niemieckiego badacza, wydanej w 1922 r. Inne informacje o Blumenow znalazłem w książce Marzeny Pollakówny pt. "Osadnictwo na Warmii w okresie krzyżackim".

Jaki z tego wniosek? Nasza wioska ma bogatą, być może sięgającą starożytności historię osadnictwa - najpierw pruskiego, później niemieckiego i wreszcie polskiego. Nie było po prostu tak, że w średniowieczu ktoś wbił tu chorągiewkę i osiedlili się pierwsi mieszkańcy, jak np. w takim Świętniku obok. ;)

To jeszcze tylko się dowiem, kto mieszkał wówczas w mojej chałupie i luz. ;)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na niezakończenie

Hop, hop, jest tam kto? Dawno nic tu nie czytaliście, nie zaglądacie prawie wcale... ;) U nas generalnie po staremu. Remont łazienki zakończony już dawno, święta w gronie rodzinnym minęły, przygotowujemy się do sylwestra w kameralnym gronie na Wonnym Wzgórzu.

Cieszymy się z mieszkania na wsi tak samo jak przed rokiem i wcześniej. Poznajemy coraz więcej ciekawych ludzi, koty - Freya i jej córka Pędźka (imię wymyślił dzisiaj mój synek) nie odstępują nas na krok, gdy chodzimy na spacery, krzepniemy pomału w warmiński krajobraz, bardziej w naturę niż w relacje międzyludzkie - ot, życie pustelnicze nie jest mi zbyt bliskie, ale bliższe niż życie społeczne. W końcu dla ciszy wyniosłem się z miasta, a tam, gdzie dużo ludzi, tam dużo hałasu, i to przeważnie - jak się później okazuje - o nic.

Chleba już nie kupujemy - piekę żytnio-pszenny, a ostatnio zasmakowaliśmy w bezglutenowym pieczywie z mąki ryżowej i gryczanej z tego przepisu, który żonka przywiozła z warsztatów kulinarnych w dalekim Beskidzie Niskim. Nie wiedziałem, że bezglutenowy chleb może być taki smaczny, smaczniejszy niż większość wypieków, jakie dotychczas mi się udawały!

Prace Natalii z Wonnego Wzgórza stają się coraz bardziej rozpoznawalne, tym bardziej dumą napawa mnie fakt, że jedna z nich przedstawia nasze własne podwórko. Poczekaliśmy więc na koniec wystawy i odkupiliśmy nałożone na starą deskę zdjęcie. Będzie wisieć u moich rodziców.

A ja - czemu piszę tak rzadko? Właściwie to nie wiem, kiedy skrobnę coś jeszcze na tym blogu. Założyłem go po to, by rozruszać się piśmienniczo, żeby język odrdzewiał, żeby wyrobić w sobie nawyk pisania choćby o rzeczach błahych, tak jak codzienność neowieśniacza. I udało się - koło zamachowe kręci się raźno, piszę prawie codziennie, ale rzeczy inne, bliższe moim zainteresowaniom. Mam więc nadzieję, że się nie żegnamy. Już wkrótce zaproszę Was w odwiedziny na inną moją witrynę, która stanowić będzie część owej twórczej pobudki. A jeszcze później... kto wie? Tymczasem moje felietony ukazują się w nowym czasopiśmie regionalnym o nazwie Głos Jezioran. Z pierwszym można zapoznać się tutaj, drugi również powinien wkrótce ukazać się na tej stronie, a bieżący numer w formie papierowej można zakupić m.in. w galerii Revita Warmia w samym środku Jezioran.

I tak to. Jeszcze kilka swoich zdjęć Wam przesyłam dla ilustracji i dla podtrzymania tezy, że Warmia najpiękniejsza jest zimą.
Nasze podwórko jako środek wyrazu w pracy Natalii Tejs
Przy ujściu rzeki Symsarny do jeziora Blanki w Potrytach
Las koło nas
Narnia

wtorek, 28 października 2014

Lista dyscyplin sportowych jest niepełna!

Zmagam się ze sobą. Wyciągam się na siłę na rower i ćwiczenia, staram się mniej jeść, ograniczyłem rozrywki, stopniowo więcej czasu spędzam z dzieckiem (gdy żonka się do mnie przyłączy w tej krucjacie przeciwko gnuśności popołudniowej, chętnie i z nią go pospędzam :)), szukam nowych możliwości robienia czegoś sensownego w dziedzinach, które są mi bliskie - czegoś, na co mój umysł i serce zakrzykną: "Ooooo!" i "Jupii!".

Tymczasem szkolę się sobie w robieniu ładnych obrazków w Photoshopie. W międzyczasie opracowałem concept art do przystosowanej specjalnie dla mnie wersji aplikacji Endomondo:


środa, 22 października 2014

Kotki dwa

Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach nasze oba koty - Freya i jej córa - zamieszkały w miejscu, które z samej już nazwy nadaje się najlepiej na łowisko dla kotów, czyli w kotłowni. Od momentu podjęcia decyzji o wywaleniu kotów z domu do chwili, gdy to się wreszcie udało, minął miesiąc. Rekonwalescencja po sterylizacji Frei, remont łazienki, podczas którego obie kotki latały wte i wewte podług woli i upodobania, operacja torbieli i jeszcze dłuższa rekonwalescencja - to wszystko musiało potrwać. Niestety, nasza niezbyt mądra kotka zamiast nauczyć swoje młode korzystania z kuwety, sama nauczyła się od nich załatwiania się po kątach.

Dzisiaj przyniosłem kotki do domu w nadziei, że rozprawią się z grasującą myszą, jednak po kilkunastu minutach, gdy Freya wskoczyła na szafkę i dobrała się do leżących na talerzu ciastek, żonka kazała mi wyekspediować ją razem z bogu ducha winną małą z powrotem na dwór. Cóż, pozostały pułapki...

Kotki kochają się jak wariaty - bawią się, przytulają, mruczą do siebie i nie odstępują się na krok. Urządzają nawet imprezy dla znajomych. Nie wszystkie koty są jednak mile widziane - Freya niektóre z nich przegania z dzikim wrzaskiem. Grunt, że możemy wreszcie cieszyć się z ich obecności - w domu zaczęło wreszcie pachnieć domem, a nie wiadomo czym.

Tymczasem piękne lato w barwach jesieni właśnie się skończyło. Zdążyłem jednak zrobić jeszcze to zdjęcie.

czwartek, 16 października 2014

Proste jest piękne

Pieczeniu pierwszego chleba pszennego towarzyszył armagedon - zaczyn był wszędzie - na blacie, na podłodze w kuchni, w przedpokoju i w sypialni, dokąd poszedłem z miską w uwalanych rękach i torbą mąki w zębach, by żonka dosypała jej trochę do ciasta, w zlewie, koło zlewu, na kranie. Zbyt długo dałem też ciastu rosnąć, a dodałem odrobinę drożdży, bo zakwas był jeszcze młodziutki. Ciasto wylało się więc na krzesełkową poduszkę, na której stało przy kaloryferze, i znowu na podłogę.

Efekt końcowy przerósł za to moje najśmielsze oczekiwania - chleb okazał się po prostu przepyszny! A to przecież tylko mąka, woda, troszkę drożdży i soli. Przemysł spożywczy wraz ze swymi polepszaczami, emulgatorami i aromatami identycznymi z naturalnymi sprawił, że zapomnieliśmy o tym, jak dobre jest zwykłe, proste, naturalne jedzenie - niepryskane jabłko z sadu, domowy chleb, groszek z ogródka. Może tak samo jest też z życiem? Wprowadzamy doń tyle elementów ulepszających, mających uczynić je przyjemniejszym, szybszym, bardziej efektywnym... Czy tym samym nie psuje się jednak smak? Kto pamięta smak prostego życia bez internetów, telewizorów, ładowarek, warsztatów samochodowych i kreatorów instalacji?