środa, 29 maja 2013
o składaniu i drutowaniu ramek
Dzisiaj nic nie napiszę, bo składam i drutuję ramki dla pszczół. Nie wiem, czy dobrze, ale innego instruktażu w sieci nie znalazłem, a odrutowane ramki wyglądają dobrze i pięknie grają. :)


wtorek, 28 maja 2013
muzyka pod kaszarkę
Nie wiem czemu, ale odkąd kupiłem płytę Oswojony Krzysztofa Myszkowskiego rok temu, wciąż słucham jej, kosząc. Szczególnie utwór Przyzwolenie roztacza wraz z koszeniem jakąś niezwykłą aurę wokół mojego małego światka. Może straceńczość, prostota i apokaliptyczna samotność tych dźwięków i słów korespondują z "ludobójstwem kwiatów" i drobnej fauny - mikrokosmiczną hekatombą, która zachodzi podczas cięcia trawy bezlitosną żyłką?
W każdym razie ta muzyka, bryzgające kawałki trawy i wyciszony (o tym za chwilę) silnik podkaszarki dają niezwykły koktajl doznań. Jeśli oczywiście ktoś jest na takie rzeczy wrażliwy. Płyta zresztą warta jest zdecydowanie kilku dyszek również dla niekoszących.
Dziś album pojechał dwa razy z hakiem, póki cholerna żyłka znów się nie skończyła. Nie wiem, czy źle zakładam (przecież zgodnie z instrukcją), czy wybujała trawa w sadzie jest aż tak twarda, czy kupiłem jakiś badziew, ale żyłka firmowa znajdująca się w głowicy nowozakupionej podkaszarki starczyła na dłużej. Przez dwie i pół godziny zużyłem 8 metrów dwumilimetrówki. To normalne?
Jak słucham muzyki podczas koszenia? Bardzo prosto: słuchawki "douszne", a na to ochraniacze słuchu z Praktikera, o takie mniej-więcej, ale tańsze:
Taki zestaw kosztuje ok. 30-40 zł, taniej niż jakiekolwiek skutecznie wyciszające słuchawki do walkmana. Silnik podkaszarki słychać cicho w tle. Można chodzić w tym również w mieście, zagłusza wszystko tak skutecznie, że nie usłyszycie, jak się z was śmieją.
Dziś album pojechał dwa razy z hakiem, póki cholerna żyłka znów się nie skończyła. Nie wiem, czy źle zakładam (przecież zgodnie z instrukcją), czy wybujała trawa w sadzie jest aż tak twarda, czy kupiłem jakiś badziew, ale żyłka firmowa znajdująca się w głowicy nowozakupionej podkaszarki starczyła na dłużej. Przez dwie i pół godziny zużyłem 8 metrów dwumilimetrówki. To normalne?
Jak słucham muzyki podczas koszenia? Bardzo prosto: słuchawki "douszne", a na to ochraniacze słuchu z Praktikera, o takie mniej-więcej, ale tańsze:
Taki zestaw kosztuje ok. 30-40 zł, taniej niż jakiekolwiek skutecznie wyciszające słuchawki do walkmana. Silnik podkaszarki słychać cicho w tle. Można chodzić w tym również w mieście, zagłusza wszystko tak skutecznie, że nie usłyszycie, jak się z was śmieją.
poniedziałek, 27 maja 2013
o tym, jak kosę kupiłem
W proteście przeciwko niedziałającym kosom spalinowym, kończącym się żyłkom, benzynom i olejom, kupiłem sierp oraz kosę ręczną. W Praktikerze. Ku zdziwieniu pobliskich klientów oraz samej pani kasjerki. Nie wierzycie? Oto zdjęcie:
Kosa znajduje się obecnie przy biurku, a nie w służącym mi jako pomieszczenie gospodarcze chlewiku, ponieważ szukam w internecie instrukcji, jak ją złożyć. Na razie każda próba kończy się tym, że uchwyt znajduje się nie tam, gdzie powinien. Znalazłem bardzo ciekawy blog pewnej neowieśniaczki ze Śląska, gdzie sprawa jest opisana i zilustrowana. Z jej opisanych doświadczeń wynika jednak, że słabą kupiłem kosę. Nie wiem, czy nie będzie tylko ozdobą. Cóż, na szczęście zaopatrzyłem się też w dwumilimetrową żyłkę do mojego stihla.
Kosa znajduje się obecnie przy biurku, a nie w służącym mi jako pomieszczenie gospodarcze chlewiku, ponieważ szukam w internecie instrukcji, jak ją złożyć. Na razie każda próba kończy się tym, że uchwyt znajduje się nie tam, gdzie powinien. Znalazłem bardzo ciekawy blog pewnej neowieśniaczki ze Śląska, gdzie sprawa jest opisana i zilustrowana. Z jej opisanych doświadczeń wynika jednak, że słabą kupiłem kosę. Nie wiem, czy nie będzie tylko ozdobą. Cóż, na szczęście zaopatrzyłem się też w dwumilimetrową żyłkę do mojego stihla.
niedziela, 26 maja 2013
o tym, że w drogę tylko na siedząco
Nie wiedziałem, że aż tak wykończył mnie ten tydzień. Nie zrobiłem dzisiaj niczego, spałem dwa razy w dzień, przez pozostałe godziny snułem się zaś po domu jak zombie. Porobiłem kilka zdjęć dla zilustrowania niektórych postów, ale nie chce mi się wrzucać ich do kompa. Może jutro.
Kiedyś myślałem, że życie na wsi to cisza, przyroda, wolno płynący sobie czas, wyobrażałem sobie, że mniej będę jeździł, a więcej chodził. A tu proszę: zachrzan do kwadratu, ryk silników spalinowych, a gdy przychodzi gdzieś się udać, człowiek robi tylko 10 kroków: do samochodu. Na miejskich osiedlach trzeba przynajmniej pokonać schody i dojść na parking.
Trochę oczywiście sobie żartuję - cisza jest, i to piękna. Tak samo świeże powietrze - chyba że napalę w piecu węglem - wtedy Katowice to zdrój w porównaniu z moim podwórkiem, gdzie zawsze zawiewa dym. Krzyk żurawi mam na co dzień, bociany widzę częściej niż psy, a kota mieć nie muszę - łazi po wiosce taka jedna przybłęda - przepiękna i przytulasta aż do przesady. W każdej zagrodzie nazywa się inaczej, u nas - Pani Basieńka. Taki wspólny kot. Ostatnio rzadko się tu pojawia, ale w tamtym roku, łącznie z zimą, pojawiała się zawsze, gdy robiliśmy coś na podwórku. Kupiliśmy miskę i karmę specjalnie dla niej. Nie my jedni - tak jej tyłek urósł przez ostatnią zimę, że ledwo ją poznałem.
Wracając do tematu, tylko z tym samochodem nie przesadzam. W naszej wiosce nie ma ani sklepu, ani żadnego innego miejsca, gdzie można by było pójść. Chyba że do sąsiadów na herbatkę, ale to zazwyczaj następuje rzadziej niż raz w tygodniu - jeszcze się nie zaaklimatyzowaliśmy. Póki nie wprowadzą się tu kolejni neowieśniacy, to my jesteśmy "nowi" i jeszcze obcy. Do nas nie przychodzi nikt, chyba że usilnie zapraszamy.
Wracając do tematu po raz kolejny, jest trochę tak, jak pisze w komentarzu Ela MM, oprócz tego, że naszą drogą samochód jedzie raz na 10 minut, a czasem (na przykład dziś) żadnego ruchu nie uświadczysz godzinami. Do sklepu, do znajomych, nad jezioro, gdziekolwiek: prosto do samochodu i człowiek znowu siedzi zamiast iść. A gdy nagle podczas roboty zabraknie np. odpowiedniej śruby czy - jak wczoraj - żyłki, pozostaje odłożyć wszystko na później, bo nie opłaca się z jednego powodu jechać specjalnie 10 km do miasta. Nie ma możliwości wyskoczenia z buta lub tramwajem do najbliższego sklepu. Ale cóż - coś za coś! Do życia miejskiego nie wracam - nie ma mowy!
Kiedyś myślałem, że życie na wsi to cisza, przyroda, wolno płynący sobie czas, wyobrażałem sobie, że mniej będę jeździł, a więcej chodził. A tu proszę: zachrzan do kwadratu, ryk silników spalinowych, a gdy przychodzi gdzieś się udać, człowiek robi tylko 10 kroków: do samochodu. Na miejskich osiedlach trzeba przynajmniej pokonać schody i dojść na parking.
Trochę oczywiście sobie żartuję - cisza jest, i to piękna. Tak samo świeże powietrze - chyba że napalę w piecu węglem - wtedy Katowice to zdrój w porównaniu z moim podwórkiem, gdzie zawsze zawiewa dym. Krzyk żurawi mam na co dzień, bociany widzę częściej niż psy, a kota mieć nie muszę - łazi po wiosce taka jedna przybłęda - przepiękna i przytulasta aż do przesady. W każdej zagrodzie nazywa się inaczej, u nas - Pani Basieńka. Taki wspólny kot. Ostatnio rzadko się tu pojawia, ale w tamtym roku, łącznie z zimą, pojawiała się zawsze, gdy robiliśmy coś na podwórku. Kupiliśmy miskę i karmę specjalnie dla niej. Nie my jedni - tak jej tyłek urósł przez ostatnią zimę, że ledwo ją poznałem.
Wracając do tematu, tylko z tym samochodem nie przesadzam. W naszej wiosce nie ma ani sklepu, ani żadnego innego miejsca, gdzie można by było pójść. Chyba że do sąsiadów na herbatkę, ale to zazwyczaj następuje rzadziej niż raz w tygodniu - jeszcze się nie zaaklimatyzowaliśmy. Póki nie wprowadzą się tu kolejni neowieśniacy, to my jesteśmy "nowi" i jeszcze obcy. Do nas nie przychodzi nikt, chyba że usilnie zapraszamy.
Wracając do tematu po raz kolejny, jest trochę tak, jak pisze w komentarzu Ela MM, oprócz tego, że naszą drogą samochód jedzie raz na 10 minut, a czasem (na przykład dziś) żadnego ruchu nie uświadczysz godzinami. Do sklepu, do znajomych, nad jezioro, gdziekolwiek: prosto do samochodu i człowiek znowu siedzi zamiast iść. A gdy nagle podczas roboty zabraknie np. odpowiedniej śruby czy - jak wczoraj - żyłki, pozostaje odłożyć wszystko na później, bo nie opłaca się z jednego powodu jechać specjalnie 10 km do miasta. Nie ma możliwości wyskoczenia z buta lub tramwajem do najbliższego sklepu. Ale cóż - coś za coś! Do życia miejskiego nie wracam - nie ma mowy!
![]() |
| Droga do domu |
sobota, 25 maja 2013
sobota pracująca oraz wino domowe z wina kupionego
Sąsiad rolnik przybył. Talerzowanie najlepiej przeprowadzać na mokrej glebie, ale ileż można czekać, aż z napęczniałych, przewalających się nad wioską chmur nareszcie lunie? Już od tygodnia "ma jutro padać". W końcu przyjechał. Niezbyt się udało - ocenił, że po orce najlepiej będzie talerzować raz jeszcze, a łąkę zasiać jesienią. Zatem projekt "łąka kwietna" odroczony (a dokładniej: odsezonowany) z powodu warunków atmosferycznych (śnieg w kwietniu, susza w maju).
No dobra, pomyślałem, przynajmniej pójdziemy na rower z piękną panią nauczycielką. Tyle dobrego z braku deszczu. I wtedy właśnie lunęło.
Wcześniej zdążyłem jeszcze położyć drugą warstwę czerwonej farby na ul, upatriotycznić z pomocą tej samej farby monotonnie białą dotychczas huśtawkę synka oraz przetrzeć papierem ściernym i pomalować pół starej i zszarzałej, zostawionej przez poprzednich właścicieli ławki. Zrobiłem to trochę z radości, że do malowania nie trzeba zupełnie usuwać starej farby, a trochę dlatego, by skończyć puszkę, której na inne ule nie wykorzystam. Bo pszczoły czerwonego koloru i tak nie widzą. Ten ul, który pomalowałem, będzie ulem widmo. I nazwę go "Ul Felicjanek", bo po dodaniu dennicy i daszka będzie trochę przypominał lokal Cafe Szafe w Krakowie.
Zgrabiliśmy też całą rodziną skoszoną wcześniej trawę zaprzed domem (za, bo po przeciwnej stronie niż drzwi frontowe, przed, bo przy drodze głównej wiejskiej magistrali naszej gminnej). Widłami poprzekładałem ją do taczek i wraz z Wojtusiem (bardzo "pomagał") przerzuciliśmy ją na jeden stos. Będzie kompost. Za dwa lata, bo zaprzyjaźniona neowieśniaczka ogrodniczka znad Jezioraka powiedziała, że kompost liczący sobie tylko jeden rok nie jest właściwym kompostem. A ja jej wierzę.
Skosiłem też część sadu, ale skończyła się żyłka w głowicy tnącej. Włożyłem nową, taką, jaką miałem, o grubości 1,6 mm, mimo że w instrukcji napisane było wyraźnie, że konieczna jest żyłka dwumilimetrowa. Ale nie byłbym sobą, gdybym się na tę wieść wycofał. Na szczęście skończyło się tylko tym, że nowa żyłka zużyła się w 15 minut. Jutro kupię nową. Dwumilimetrową oczywiście, tak jak w instrukcji, przecież głupi nie jestem.
Może to wszystko przez kosę? Z tymi opadami, znaczy. Poprzednia nie dość, że się do niczego nie nadawała, to jeszcze, franca, przyciągała deszcz. Dosłownie. Człowiek ubierał się w wytarte ciuchy, obuwał gumofilce i tak odstawiony przygotowywał mieszankę, odpalał (czasem przez 15 minut) dziadostwo i zaczynał pracę, a tu lu! z nieba. I tak przez cały sezon - raz kończyłem robotę, bo zatrzymywał się silnik, raz z powodu deszczu. Moja obecna podkaszarka niby jest lepsza, ale do czasu, gdy ją przysłano, padało po zimie tylko raz. A teraz proszę - drugie koszenie i już deszcz.
W domu zamiast paść i odpocząć, zważyłem rozdrobniony i wysuszony już korzeń mniszka. Zważyłem w kieliszkach. Do jednego nalałem 50 ml wody, do drugiego wsypałem korzeń. Podniosłem lewą ręką jeden, a prawą drugi kieliszek. Zreflektowałem się, że prawą rękę mam silniejszą. Podniosłem prawa ręką najpierw jeden kieliszek, potem drugi. Zastanowiłem się. Zawołałem żonę. Uznaliśmy, że mniej-więcej się zgadza. Przygotowałem to, co trzeba. Uwaga - przepis. Niesprawdzony, ale z czasopisma Weranda Country:
Elu, o tym jeżdżeniu po wszystko autem napiszę następnym razem, bo już za długi ten post, a wieczór piękny i krótki. :)
No dobra, pomyślałem, przynajmniej pójdziemy na rower z piękną panią nauczycielką. Tyle dobrego z braku deszczu. I wtedy właśnie lunęło.
Wcześniej zdążyłem jeszcze położyć drugą warstwę czerwonej farby na ul, upatriotycznić z pomocą tej samej farby monotonnie białą dotychczas huśtawkę synka oraz przetrzeć papierem ściernym i pomalować pół starej i zszarzałej, zostawionej przez poprzednich właścicieli ławki. Zrobiłem to trochę z radości, że do malowania nie trzeba zupełnie usuwać starej farby, a trochę dlatego, by skończyć puszkę, której na inne ule nie wykorzystam. Bo pszczoły czerwonego koloru i tak nie widzą. Ten ul, który pomalowałem, będzie ulem widmo. I nazwę go "Ul Felicjanek", bo po dodaniu dennicy i daszka będzie trochę przypominał lokal Cafe Szafe w Krakowie.
Zgrabiliśmy też całą rodziną skoszoną wcześniej trawę zaprzed domem (za, bo po przeciwnej stronie niż drzwi frontowe, przed, bo przy drodze głównej wiejskiej magistrali naszej gminnej). Widłami poprzekładałem ją do taczek i wraz z Wojtusiem (bardzo "pomagał") przerzuciliśmy ją na jeden stos. Będzie kompost. Za dwa lata, bo zaprzyjaźniona neowieśniaczka ogrodniczka znad Jezioraka powiedziała, że kompost liczący sobie tylko jeden rok nie jest właściwym kompostem. A ja jej wierzę.
Skosiłem też część sadu, ale skończyła się żyłka w głowicy tnącej. Włożyłem nową, taką, jaką miałem, o grubości 1,6 mm, mimo że w instrukcji napisane było wyraźnie, że konieczna jest żyłka dwumilimetrowa. Ale nie byłbym sobą, gdybym się na tę wieść wycofał. Na szczęście skończyło się tylko tym, że nowa żyłka zużyła się w 15 minut. Jutro kupię nową. Dwumilimetrową oczywiście, tak jak w instrukcji, przecież głupi nie jestem.
Może to wszystko przez kosę? Z tymi opadami, znaczy. Poprzednia nie dość, że się do niczego nie nadawała, to jeszcze, franca, przyciągała deszcz. Dosłownie. Człowiek ubierał się w wytarte ciuchy, obuwał gumofilce i tak odstawiony przygotowywał mieszankę, odpalał (czasem przez 15 minut) dziadostwo i zaczynał pracę, a tu lu! z nieba. I tak przez cały sezon - raz kończyłem robotę, bo zatrzymywał się silnik, raz z powodu deszczu. Moja obecna podkaszarka niby jest lepsza, ale do czasu, gdy ją przysłano, padało po zimie tylko raz. A teraz proszę - drugie koszenie i już deszcz.
W domu zamiast paść i odpocząć, zważyłem rozdrobniony i wysuszony już korzeń mniszka. Zważyłem w kieliszkach. Do jednego nalałem 50 ml wody, do drugiego wsypałem korzeń. Podniosłem lewą ręką jeden, a prawą drugi kieliszek. Zreflektowałem się, że prawą rękę mam silniejszą. Podniosłem prawa ręką najpierw jeden kieliszek, potem drugi. Zastanowiłem się. Zawołałem żonę. Uznaliśmy, że mniej-więcej się zgadza. Przygotowałem to, co trzeba. Uwaga - przepis. Niesprawdzony, ale z czasopisma Weranda Country:
- 50 g rozdrobnionego i wysuszonego korzenia mniszka wsypujemy do dwulitrowego słoja.
- Zalewamy winem białym z butelki 0,75 l (ja kupiłem chilijskie słodkie, bo było za 10 zł, a sok mniszka jest gorzki).
- Zamykamy słój i odstawiamy w ciemne miejsce.
- Wstrząsamy codziennie przez 2 tygodnie...
Dwa tygodnie? Przecież za 10 dni wyjeżdżamy do Polski prawie na tydzień! Nic to, najwyżej wezmę słój ze sobą. Będzie się sobie wstrząsał w samochodzie cały dzień, a i będzie od razu z kim wypić, gdy już te 2 tygodnie miną. I może ktoś tam będzie miał sitko, żeby je odcedzić. Muszę pamiętać, by wziąć pustą flaszkę. Oczywiście ze specjalną firmową etykietką. :)
piątek, 24 maja 2013
przestrzeń rzeczą względną
Miałem dzisiaj coś napisać, ale dzień był tak męczący, ze nic nie napiszę i idę spać.
Albo dobra.
Jednym z większych uroków mieszkania na wsi jest zasięg. I nie chodzi tu o zasięg telefonii komórkowej - z tą bywa różnie. Ja mam przy drzwiach od nieistniejącego balkonu i na parapecie okna w gabinecie. Mówię o zasięgu fizycznym. W takiej Warszawie na przykład, mieszkając na Ursynowie, jechałbym do znajomych na Żoliborz godzinę w piątkowy wieczór. Tutaj w godzinę przejadę ok. 70 kilometrów. W zasięgu półgodzinnej jazdy znajdują się 10 gmin, 4 miasta i kilkadziesiąt wiosek. Bez korków i świateł. Czysta przestrzeń, zieleń lasów, lustra jezior i wzgórza, pomiędzy którymi drzemią wioski oddzielone od siebie setkami hektarów pól i łąk.
Z ciekawości nałożyłem na siebie mapę Warszawy i okolic Lidzbarka Warmińskiego. Na czerwono, nieco rozmyta Warszawa, na pierwszym planie, na ostro - Warmia. Pamiętajcie, że odległość to nie wszystko - u nas jeździ się znacznie szybciej. No, chyba że wystawić do wyścigu metro.
Mamy znajomych rozsianych po sporej przestrzeni, synek zaś uczęszcza do przedszkola 12 km od naszej wioski, dojeżdżamy jednak szybciutko. Cieszę się, że nie posłaliśmy go do miasta. Nic tak nie upiększa dnia jak samochodowa wycieczka przez przepiękne lasy, wioskę z zabytkowym klasztorem i przestrzeń, na którą roztacza się bajkowy wręcz widok. Na dodatek po zrobieniu tych kilometrów czekają na człowieka życzliwe, znajome twarze. Po drodze mam dwa wiejskie sklepiki, gdzie zaopatruję nas w pieczywo - sprzedawczynie znam już również. Prawda jest taka, że obcych ludzi prawie nie widuję. A z nauczycielką w szkole, która mieści się w tym samym budynku co punkt przedszkolny Wojtka, umówiliśmy się na jutro na rowery. Okazuje się, ze mieszka 4 km od nas. Pojedziemy sobie nad jezioro, za którym zdążyłem się już przez tych kilka dni bardzo stęsknić. Oby tylko była pogoda, bo do 5 dni zbiera się na ulewę. A kapnęło ledwo kilka kropel. Dziwna ta pogoda w Pruthenii...
Albo dobra.
Jednym z większych uroków mieszkania na wsi jest zasięg. I nie chodzi tu o zasięg telefonii komórkowej - z tą bywa różnie. Ja mam przy drzwiach od nieistniejącego balkonu i na parapecie okna w gabinecie. Mówię o zasięgu fizycznym. W takiej Warszawie na przykład, mieszkając na Ursynowie, jechałbym do znajomych na Żoliborz godzinę w piątkowy wieczór. Tutaj w godzinę przejadę ok. 70 kilometrów. W zasięgu półgodzinnej jazdy znajdują się 10 gmin, 4 miasta i kilkadziesiąt wiosek. Bez korków i świateł. Czysta przestrzeń, zieleń lasów, lustra jezior i wzgórza, pomiędzy którymi drzemią wioski oddzielone od siebie setkami hektarów pól i łąk.
Z ciekawości nałożyłem na siebie mapę Warszawy i okolic Lidzbarka Warmińskiego. Na czerwono, nieco rozmyta Warszawa, na pierwszym planie, na ostro - Warmia. Pamiętajcie, że odległość to nie wszystko - u nas jeździ się znacznie szybciej. No, chyba że wystawić do wyścigu metro.
Mamy znajomych rozsianych po sporej przestrzeni, synek zaś uczęszcza do przedszkola 12 km od naszej wioski, dojeżdżamy jednak szybciutko. Cieszę się, że nie posłaliśmy go do miasta. Nic tak nie upiększa dnia jak samochodowa wycieczka przez przepiękne lasy, wioskę z zabytkowym klasztorem i przestrzeń, na którą roztacza się bajkowy wręcz widok. Na dodatek po zrobieniu tych kilometrów czekają na człowieka życzliwe, znajome twarze. Po drodze mam dwa wiejskie sklepiki, gdzie zaopatruję nas w pieczywo - sprzedawczynie znam już również. Prawda jest taka, że obcych ludzi prawie nie widuję. A z nauczycielką w szkole, która mieści się w tym samym budynku co punkt przedszkolny Wojtka, umówiliśmy się na jutro na rowery. Okazuje się, ze mieszka 4 km od nas. Pojedziemy sobie nad jezioro, za którym zdążyłem się już przez tych kilka dni bardzo stęsknić. Oby tylko była pogoda, bo do 5 dni zbiera się na ulewę. A kapnęło ledwo kilka kropel. Dziwna ta pogoda w Pruthenii...
o moich pierwszych ławkach i robocie męskiej
Wiertarka, solidne wkręty, klucz nasadowy i własnoręcznie okorowane oraz zaimpregnowane półwałki świerkowe oraz wyżłobione króciaki różnego pochodzenia - tadam! Ławeczki stoją! No dobra, nie wszystko zaimpregnowałem - kilka półwałków stanowiących wsporniki ławek darowałem sobie: krótkie, lekkie, dębowe... trzeba było korować, gdy jeszcze były częściami jednego pnia. Cóż - zobaczymy, ile czasu oparte na nich ławki przetrwają. To ławki szkoleniowe przecież - pierwsze drewniane dzieło moich rąk. Eksperymenty bardzo wskazane. Niech żyje dzikie, prymitywne stolarstwo!
Cztery niepocięte dwumetrowe pnie, również okorowane i zaimpregnowane wcześniej, wykorzystałem jako ściany piaskownicy dla Wojtusia. Tylko z piaskiem była śmieszna historia. W pocie czoła naniosłem dziecku kilkanaście taczek ze wspomnianej w innym poście sterty koło podjazdu, zagrabiłem i oczyściłem z zielska, a dwa dni później zajechała zamówiona przez majstra Franciszka wywrotka i zasypała to wszystko kilkoma tonami piachu budowlanego. Teraz Wojtuś ma w piaskownicy wielką piaskową górę. I nie chce mi się wywozić tego taczkami z powrotem. Wytrzyma do sierpnia - w sierpniu remont w chałupie, wykorzystają ten piasek.
To nie koniec dłubania w drewnie - sporo jeszcze leży na podwórku. Coś jeszcze z niego zrobię.
Wieczorem wziąłem się za szatkowanie mniszkowych korzeni, które kilka dni temu wysypałem. Jeszcze nie wyschły do końca - pogoda pochmurna, poza tym w całości zbyt dobrze trzymają wodę. Kiedy siedziałem przy stole i kroiłem brązowo-białe pale (ponoć mogą dochodzić do 40 cm, choć ja miałem przed sobą najwyżej dziesięciocentymetrowe okazy), małżowinka moja, zajęta przyrządzaniem pasty z bakłażana, wyznała, że to bardzo seksowne z mojej strony siedzieć tak w kuchni i oddawać się czynnościom kulinarnym. Hmm... Ja też w sumie lubię, gdy kobiety wykonują coś, co kojarzy się z męską robotą - piłują, naprawiają, prowadzą zdezelowane terenówki. Zresztą, jak pisał Stachura, każda robota jest męska.
Żona robi niesamowite pasty z warzyw. Znacznie smaczniejsze, zdrowsze, w większej ilości i wielokrotnie tańsze niż te różne pastelle sprzedawane w sklepach. Ja jednak, przygotowując sobie dzisiejszą kolację, oświadczyłem:
- Kocham twoje pasty miłością czystą i prawdziwą. Ale miłością dziką i atawistyczną kocham masło i ser.
Cztery niepocięte dwumetrowe pnie, również okorowane i zaimpregnowane wcześniej, wykorzystałem jako ściany piaskownicy dla Wojtusia. Tylko z piaskiem była śmieszna historia. W pocie czoła naniosłem dziecku kilkanaście taczek ze wspomnianej w innym poście sterty koło podjazdu, zagrabiłem i oczyściłem z zielska, a dwa dni później zajechała zamówiona przez majstra Franciszka wywrotka i zasypała to wszystko kilkoma tonami piachu budowlanego. Teraz Wojtuś ma w piaskownicy wielką piaskową górę. I nie chce mi się wywozić tego taczkami z powrotem. Wytrzyma do sierpnia - w sierpniu remont w chałupie, wykorzystają ten piasek.
To nie koniec dłubania w drewnie - sporo jeszcze leży na podwórku. Coś jeszcze z niego zrobię.
Wieczorem wziąłem się za szatkowanie mniszkowych korzeni, które kilka dni temu wysypałem. Jeszcze nie wyschły do końca - pogoda pochmurna, poza tym w całości zbyt dobrze trzymają wodę. Kiedy siedziałem przy stole i kroiłem brązowo-białe pale (ponoć mogą dochodzić do 40 cm, choć ja miałem przed sobą najwyżej dziesięciocentymetrowe okazy), małżowinka moja, zajęta przyrządzaniem pasty z bakłażana, wyznała, że to bardzo seksowne z mojej strony siedzieć tak w kuchni i oddawać się czynnościom kulinarnym. Hmm... Ja też w sumie lubię, gdy kobiety wykonują coś, co kojarzy się z męską robotą - piłują, naprawiają, prowadzą zdezelowane terenówki. Zresztą, jak pisał Stachura, każda robota jest męska.
Żona robi niesamowite pasty z warzyw. Znacznie smaczniejsze, zdrowsze, w większej ilości i wielokrotnie tańsze niż te różne pastelle sprzedawane w sklepach. Ja jednak, przygotowując sobie dzisiejszą kolację, oświadczyłem:
- Kocham twoje pasty miłością czystą i prawdziwą. Ale miłością dziką i atawistyczną kocham masło i ser.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



